Rzecz o Chinach, Chińczykach, chińszczyźnie i pewnym sinologu.
web stats stat24.com
RSS
poniedziałek, 18 grudnia 2006
Białoruś napada!

Rodacy, ratujcie się, bo oto Łukaszenko ze swoją półdziką hordą stoi już na granicy i lada dzień przypuści atak na naszą IV RP! A zaczynają od dezinformacji.

Wracam z zajęć, montuję sobie jakieś spóźnione śniadanie, otwieram stronę TVP, ściągam najnowsze (wczorajsze) wydanie Wiadomości i zasiadam do oglądania. I od początku coś mi nie gra. Niby znajome twarze, wszystko, zda się, takie jak zawsze, a jednak coś nie daje mi spokoju. I nagle mnie olśniło – w Wiadomościach brak właściwych wiadomości!

Dowiedziałem się, po raz kolejny, co stało się 36 lat temu na wybrzeżu, że Giertych wypina się na swoich nazioli, gdyż są za mało radykalni (cytat za posłem Wiecheckim: „zawsze zdarzają się dziwne osoby, które, no niestety, są wyjątkami”), jak wspaniale zmienia się Afganistan i że dzielni funkcjonariusze MO będą walczyć z nielegalnym wycinaniem choinek. Na osłodę rzucono mi relację z propagandowego wiecu w Moskwie, żebym poczuł, że u nas to jednak jest dobrze.

Z wczorajszych Wiadomości NIE dowiedziałem się: o krwawych starciach w Gazie, o masakrze NATO w Afganistanie, o publikacjach Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung, czy o porwaniu pracowników Czerwonego Półksiężyca. Ale wiem już, jak groźni przestępcy oznaczają choinki do wycięcia. Uff...

Przejrzałem niecny plan Łukaszenki – wyhodował klony obiektywnych zazwyczaj dziennikarzy TVP, nauczył polskiego i nagrał tę farsę serwisu informacyjnego, aby Polacy za granicą nie przyszli z odsieczą atakowanym obywatelom Polski. Nie ze mną te numery, Alek, taką propagandową papkę możesz sobie w Mińsku puszczać, ale Polak nie jest głupi, pozna się na tak grubymi nićmi szytym spisku. Prawda?

Echh.. Ja chcę TVN, albo żeby szybciej działała mi gazeta.pl, choć normalnie za nią nie przepadam, albo jakikolwiek inny serwis informacyjny dla nikczemnego wykształciucha, takiego jak ja...

Na marginesie – niech mi ktoś powie, czy Wiadomości wspomniały w ogóle o gafie, jaką nasz światowiec El Presidente strzelił w Brukseli? Chodzi o czerwoną małpę i Netherlands. Jakoś przegapiłem to wydanie.

16:52, ximinez
Link Komentarze (3) »
sobota, 16 grudnia 2006
Spisek koreano-komuno-masonerii

Dowiedziałem się o istnieniu podziemnej siatki wywiadowczej złożonej z Koreańczyków. Zadaniem owej tajnej organizacji jest wymiana informacji o cudzoziemcach (nie-Azjatach) studiujących w Pekinie. Cała historia zaczęła się od pewnych urodzin...

Wpadł do mnie wczoraj z kurtuazyjną wizytą niejaki Łukasz, student Capital Normal University, znany również jako książę z „Kopciuszka”. Po jakimś czasie udaliśmy się razem z dwiema koleżankami – Magdą i Oksaną – do pubu w budynku akademika. Tam Oksana złożyła Łukaszowi spóźnione życzenia urodzinowe, gdyż, jak już pisałem, ten obchodził niedawno rocznicę produkcji (nie wypada mi pisać którą, ale pierwsza cyferka niedługo zmienia się na 3). Najciekawsze było jednak to, skąd Oksana o tym fakcie wiedziała – otóż dowiedziała się od koleżanki z grupy – Koreanki. Najpierw trochę nie chciało mi się w to wierzyć i pomyślałem, że jaja sobie robi, a tak na prawdę wie od Magdy. Oksana jednak zapewniała nas, że cynk dostała od Koreanek. Najpierw mnie to rozbawiło, potem zdziwiło, ale im więcej dowiadywałem się o siatce koreańskich informatorów, tym większe ogarniało mnie przerażenie i złość.

Okazuje się, że Koreańczycy tworzą w Pekinie dość zwartą wspólnotę. I nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że uwielbiają (szczególnie faceci) plotkować. Robią to przy każdej okazji i w każdej formie – ustnie i na piśmie. Jednym z ich ulubionych tematów są obcokrajowcy i ich zwyczaje. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby po prostu wiedzieli, że na Dniu Koreańskim na innej uczelni była trójka Polaków, a czwarty obchodził urodziny, ale oni obgadują nasze zwyczaje, przyzwyczajenia, zachowanie i ubiór, a w swojej gazetce to wszystko opisują. Dzięki koreańskiemu wywiadowi, którego nie prosi się o informacje, ale cierpliwie czeka, aż sam wszystko chętnie wyjawi, Oksana dowiedziała się między innymi co (ze szczegółami) robiłem na imprezie tydzień temu (7 osób, sami obcokrajowcy, 0 Koreańczyków), jak zachowuję się we własnym pokoju i w czym chodzę spać. Dzięki tym skośnookim skurwysynom dowiedzieć się można niemal wszystkiego o niemal każdym w akademiku, na naszej i wielu innych uczelniach!

Dobra, skoro tak chcą sprawę rozgrywać, to ja też się zabawię. Może któryś z tych chujków jakimś cudem czyta tego bloga, dlatego chciałbym ogłosić wszem i wobec, że Wu Shiyuan (jego barbarzyńskiego, koreańskiego imienia nie pamiętam), zamieszkały w 留学生一公寓, nr pokoju 2204 ma małego fiutka i maniery kiepsko wytresowanego szympansa. Poza tym taki z niego informatyk (choć utrzymuje, że to studiuje) jak ze mnie kulturysta – kiedy pokazałem mu kartę SD i chciałem coś od niego przegrać, to zapytał czy to coś podobnego do USB. Ponadto, w nocy wydaje odgłosy jakby sam robił sobie dobrze ustami, a śpi ułożony jak 3-latek. Jego jedzenie śmierdzi, ogląda badziewne telenowele, czyta tandetne romansidła, które w Polsce można dostać za 3,99 w kiosku, słucha obciachowych boysbandów i ubiera się jak pedał. Budzi we mnie zero respektu i tylko śmiać mi się chcę, kiedy go widzę. Możecie mu to powtórzyć, koreańskie plotkary!

No, ulżyło mi trochę...

Jutro napiszę parę słów (jeżeli oczywiście po tym wpisie nie stracę wszystkich czytelników, którzy zniesmaczeni opuszczą na zawsze mój blog) o dzisiejszych i jutrzejszych zakupach. Strasznie to męczące, a już szczególnie w Chinach. Stay tuned!

17:43, ximinez
Link Komentarze (8) »
piątek, 15 grudnia 2006
Dzień pełen atrakcji

Obiecałem, że po skończeniu tłumaczenia będzie więcej atrakcji, a że pośród moich rozlicznych wad znajduje się względna słowność (oraz, jak się okazuje, kiepska umiejętność komplementowania ;) ), prezentuję kilka oto skrót wydarzeń z pełnego wrażeń dnia wczorajszego.

Dzień zacząłem tradycyjnie – od szukania mieszkania. Pojechałem obejrzeć lokal Francuza, który okazał się bardzo ładny, nowoczesny, przestronny i położony w ładnej okolicy. Nie przeprowadziłem się tam jeszcze tylko z powodu ceny. 1750 yuanów miesięcznie + opłaty to trochę dużo, choć nie aż tak bardzo, jak na Pekin. Jutro wieczorem oglądam jeszcze jedno mieszkanie (może również coś w międzyczasie), choć oswajam się powoli z myślą, że całe stypendium przeznaczał będę na mieszkanie, a żył z tego, co dorobię na nauczaniu angielskiego.

W odległości 5 minutowego spaceru od mieszkania, po drugiej stronie drugiej obwodnicy, jest mała dzielnica hutongów. Hutongi (po chińsku „alejka”) to fenomen spotykany niemal wyłącznie w Pekinie, a przynajmniej głównie z Pekinem kojarzony. Tradycyjne, chińskie domostwa poodzielane są tu wąskimi uliczkami, na których toczy się zasadnicza część życia mieszkańców – tutaj spotykają się, grają w szachy, jedzą, piorą, a często również pracują. Hutongi, które odwiedziłem wczoraj nie są najbardziej znane w Pekinie, do tych dopiero mam zamiar się wybrać, ale i tak wydały mi się bardzo urokliwe i klimatyczne. Coraz bardziej mi się ten Pekin podoba. Poniżej prezentuję kilka zdjęć:








Na wieczór zostaliśmy zaproszeni (ja i jeszcze dwójka znajomych Polaków) na urodziny niejakiego Łukasza. Urodziny miały odbyć się po Dniu Koreańskim organizowanym na jego uniwersytecie – Shoudu Shifan Daxue. Jedną z atrakcji podczas tej imprezy była adaptacja „Kopciuszka”, w której rolę księcia grał nie kto inny tylko jubilat. Ponieważ on na swoim blogu pewnie tego nie zamieści, ja zrobię to za niego :)

Najpierw książę wjechał na scenę w towarzystwie swojej koreańskiej świty:


Adblock

A później odbył się bal w pałacu, podczas którego goście robili sobie jaja z braci Kaczyńskich (panie magistrze C., takich świństw pan uczy Koreańczyków):


Adblock

Inne atrakcje były raczej nudne – koncert zespołu, który nie miał wiele pojęcia o muzyce, wyjątkowo beznadziejny pokaz taekwondo, dwóch gości rozgrywających mecz piłki nożnej na konsoli PS2 (NERDS!), pokazy tańca hiphop w wersji dla Koreanek bez poczucia rytmu i beznadziejny konkurs, w którym nic nie wygrałem. Choć jako biały dostałem kupon rabatowy do jakiejś koreańskiej restauracji.

Oprócz fantastycznego, ma się rozumieć, „Kopciuszka” warty uwagi był pokaz gry na koreańskiej cytrze oraz na koreańskich bębnach. Filmiki poniżej:

Adblock
Adblock

Po zakończeniu Dnia Koreańskiego udaliśmy się do restauracji mieszczącej się w tym samym budynku, gdzie skonsumowaliśmy kolację oraz tort. Wszystko pałeczkami ;)




Wieczór zaliczam do udanych, pomimo tego, że Koreańczycy z grupy Łukasza okazali się średni towarzyscy i raczej rozmawiali między sobą po koreańsku. Nie dziwi mnie to specjalnie – trzymanie się w swoim gronie to podobno u nich norma.

W najbliższych dniach nie planuję wyjść na kolejne urodziny, więc Czytelnik będzie musiał zadowolić się relacją z jutrzejszych zakupów i ewentualnego oglądania mieszkań.

Wpis ze wszystkimi filmikami i zdjęciami sponsorowany jest przez wyjątkowo szybki w dniu dzisiejszym internet.

10:21, ximinez
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 grudnia 2006
Koniec!

...ale nie bloga, tylko tłumaczenia. W zasadzie już parę dni minęło od czasu, kiedy wysłaliśmy (ja i Natalia, moja najdroższa) ostatnie strony tłumaczenia, nad którym ślęczeliśmy (i nie tylko my, pozdrawiam z tego miejsca uroczą panią Korektor z Podkowy Leśnej, bez której by się nie udało ;) ) od trzech miesięcy. Została nam jeszcze akceptacja korekty redakcyjnej i możemy ustawić się w kolejce po wypłatę i czekać na radosne święto Matki Boskiej Pieniężnej.

Z innych, ciekawych wieści – znowu zacząłem szukać mieszkania. Najpierw miałem szukać z Franzem, znajomym Austriakiem. Potem Dave zmienił zdanie i stwierdził, że musi się jak najszybciej wyprowadzić z akademika. Obejrzeliśmy razem kilka mieszkań, ja na własną rękę obejrzałem jeszcze parę, po czym Dave stwierdził, że póki co nie chce nic wynajmować, bo jedzie do Tajlandii w zimie i nie chce płacić za miesiące, kiedy go nie będzie. Wróciłem, zatem, na kolanach do Franza, ale ten szuka już mieszkania z jego znajomą – 45-letnią Angielką. Co prawda powiedział, że w takim razie będziemy szukać mieszkania z 3 sypialniami, ale znam tutejsze realia już na tyle, żeby wiedzieć, że mało to wykonalne – nie istnieje tu pojęcie pokoi o podobnych rozmiarach, zawsze jeden jest mniejszy od pozostałych, a na to żadne z nas nie pójdzie (do mnie przyjeżdża Natalia, do Franza jego dziewczyna, a do Angielki – mąż).

Zacząłem się, zatem, rozglądać za pokojami do wynajęcia i póki co nie wygląda to najgorzej. Jutro jadę oglądać mieszkanie, które wynajmuje jeden Francuz. Ogłoszenie wygląda całkiem zachęcająco – cena do przyjęcia, duży pokój, podwójne łóżko, wszystkie udogodnienia, w odległości 15-minutowej przejażdżki rowerem (wrócę z ciałem wyrzeźbionym jak u greckiego boga) od uczelni. Jak to wszystko ma się do rzeczywistości – okaże się jutro. Rozważam też mieszkanie z Chińczykami – znalazłem nawet jedną bardzo ciekawą (pod względem finansowym) ofertę. Oczywiście przychodzi mi do głowy milion powodów, dla których nie powinienem tego robić – różnice kulturowe to tylko jeden z nich. Jednocześnie mogę wymyślić co najmniej dwa mocne kontrargumenty: lepiej nauczę języka i będę miał co opowiadać po powrocie.

W poniedziałek były urodziny Dave’a, dlatego wyszliśmy w parę osób na kolację połączoną z degustacją miejscowych alkoholi niskoprocentowych. Miałem okazję, po raz pierwszy w życiu, spróbować słynnego ognistego kociołka (ang. hotpot, chiń. 火锅, huo3guo1), czyli, w dużym uproszczeniu, miejscową odmianę fondue. Do gotującej się wody z tłuszczem wrzuca się różne dobre rzeczy (różne mięsa, warzywa, grzyby, tofu w wielu postaciach – co tam kto chce i co stoi w menu) i po chwili konsumuje ze smakiem, pierwej utitławszy w jednym z dostępnych sosów. W tym konkretnym lokalu do kociołka dostaje się nieograniczoną ilość piwa, co w przypadku Chińczyków i tak sprowadza się do jednego, góra dwóch, ale menadżer nie przewidział chyba 7-osobowej grupy Europejczyków i Amerykanów, wśród których znalazł się Szkot i Polak :) Podając 20ste piwo kelnerki nie kryły już nawet rozbawienia. Poniżej prezentuję parę zdjęć z owej bezbożnej orgii:






Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy przekaz podprogowy. Kolejna porcja zbędnych informacji prosto do podświadomości już wkrótce. Proszę nie regulować odbiorników.

Aha, wpisy pojawiają się rzadko, gdyż internet u mnie w pokoju działa tak wolno, że na połączenie ze stroną edycji w blox.pl muszę czekać godzinami.

04:34, ximinez
Link Komentarze (5) »
piątek, 08 grudnia 2006
Nic ciekawego

Taka smutna prawda – nie dzieje się u mnie nic ciekawego. Kończę tłumaczenie (czas do końca można już liczyć w godzinach :D ) i mało wychodzę z pokoju. Ale cierpliwości, wierni fani, już niedługo będzie ciekawie. Będą zabytki, zdjęcia, historyjki, pościgi samochodowe, wybuchy, efekty specjalne, seks i przemoc! Będzie się działo, więc proszę nie przerywać połączenia i nie wywalać strony z ulubionych.

W chwilach wolnych od tłumaczenia oglądam sobie serial produkcji HBO „Rzym” (42 yuany za oryginalny box z bardzo dobrze podrobionymi płytami z całą pierwszą serią), który z czystym sercem polecam Czytelnikowi.

I na koniec informacja z serii całkowicie nieprzydatnych ciekawostek: jedną z ostatnich rzeczy do zrobienia w związku z przewodnikiem był skorowidz. Kiedy przetłumaczyłem wszystkie terminy i uporządkowałem je alfabetycznie, okazało się, że Marks, niejaki, Karol znajduje się zaraz obok Marks and Spencer’s, takiego dużego sklepu, kwintesencji kapitalizmu.

12:14, ximinez
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 listopada 2006
Zagadki dla sinomownych

Miało być o wycieczce na hutongi, ale nie będzie, bo w końcu nie byłem. Ale pójdę. I będzie. Rzekłem.

W ramach pocieszenia zamieszczam dwie zagadki dla znających chiński. Nagrodą w obu jest poznanie ciekawych słówek i możliwość wylansowania się na moim blogu.

Pierwsza (łatwiejsza) brzmi: jaką znaną postać historyczną nazywa się po chińsku 开膛手杰克 (Kaitangshou Jieke)?

Druga (trudniejsza) to: kim jest postać nazywana przez Chińczyków 终结者 (Zhongjiezhe)?

W nawiasach podałem transkrypcję, aby osoby nieznające chińskiego też mogły spróbować. Na odpowiedzi czekam w nieskończoność, bo ja je już znam, a konkretnych nagród i tak nie ma.

Na koniec gratuluję pani Hannie Gronkiewicz-Waltz. Choć nie jest idealną kandydatką na urząd prezydenta Warszawy, to lepiej ona niż ten PiSowski dziad. To dzień zwycięstwa dla wszystkich zwolenników wolnego rynku i zdrowego rozsądku!

[EDIT] Wszystkim towarzyszkom i towarzyszom dzielącym niedolę językoznawstwa polecam ten oto artykuł.

06:59, ximinez
Link Komentarze (24) »
sobota, 25 listopada 2006
Drugi policzek

W odpowiedzi na gorące listy fanów i listy gorących fanek, postanowiłem popełnić kolejny wpis na moim blogu. Ponieważ nadal nie wychodzę i niewiele się dzieje, podzielę się dwiema historyjkami, które nie zasługują na oddzielne wpisy, ale razem tworzą wpis średnio udany i mało śmieszny.

Przychodzi taki czas w życiu każdego twardziela, takiego jak na przykład ja, kiedy postanawia zrobić coś dobrego. Tydzień temu, po skończonych egzaminach, postanowiliśmy grupowo pójść do dobrej restauracji, uczcić koniec męki. Umówiliśmy się przed wschodnią bramą uniwersyteckiego kampusu, obok której znajduje się McDonald’s i dość ruchliwa ulica. Ludzie powoli zaczęli się schodzić, Koreanki zaczęły rozmawiać o jakimś boysbandzie, Amerykanin i Bułgarka zajęci byli liczeniem obecnych osób, a ja postanowiłem pogadać sobie z Norwegiem. Po chwili podszedł do nas chłopczyk o bardzo zabiedzonym wyglądzie, ubrudzony na twarzy czymś nieprzyjemnym i poprosił o pieniądze na jedzenie. Wydało mi się to trochę podejrzane, bo pilnowała go kobieta wyglądająca całkiem normalnie, a i on wydawał się nieco „ucharakteryzowany”. Norweg stanowczo odmówił oddania jakichkolwiek pieniędzy i zaczął sobie z dzieciaka żartować, ale pod moją tytanową powłoką twardziela odezwało się dobre serce, więc wyciągnąłem portfel i dałem mu parę banknotów. Chłopczyk uśmiechnął się, nie podziękował i pobiegł do swojej opiekunki. Ona też się do mnie uśmiechnęła, a ja poczułem się dobrze, jako zamorski darczyńca jakiejś chińskiej rodziny. Ludzie z mojej klasy wreszcie się zeszli, więc mogliśmy wyruszyć na nasze kulinarne safari. Kiedy już miałem się odwrócić od chłopczyka i kobiety, poczułem, że dostałem czymś w twarz. To dzieciak rzucił we mnie jakimś śmieciem podniesionym z ulicy! Przez chwile stałem oniemiały, po czym uśmiechnąłem się i odszedłem, choć jakaś część mnie mówiła, że powinienem chociaż gnojka opieprzyć. Nie spodziewałem się, naturalnie, że młody będzie mi wdzięczny do końca życia za te parę yuanów, ale mógłby przynajmniej nie rzucać we mnie odpadkami! I bądź tu, człowieku, dobry w Chinach...

Po raz drugi naszło mnie na dobre uczynki, kiedy zachorował mój współlokator. Kilka dni wcześniej to ja leżałem w łóżku struty czymś, co zjadłem, a ten bej nawet nie zainteresował się tym, jak się czuję, nie mówiąc już o zaproponowaniu pomocy. Kiedy wyzdrowiałem, a on zachorował, pomyślałem sobie: „teraz zobaczy, jak to fajnie nie móc liczyć na współlokatora”. Ale, oczywiście, jak przyszło co do czego, to nawet mu aspirynę rozpuściłem! Zdecydowanie muszę popracować nad siłą charakteru. Ale palant sam się wykończy, nawet bez mojego udziału, bo pomimo choroby otwiera na oścież okno, które ma zaraz przy biurku. Huhu, parę dni takich atrakcji i będę miał go z głowy na parę tygodni, które spędzi w szpitalu z czymś poważnym. Ale nic nie mówię, duży jest, powinien wiedzieć. A jak nie wie, to znaczy, że powinien się wykluczyć z puli genów.

Na koniec ciekawostka – spotkałem wczoraj Niemca, który mieszkał kilka lat temu z Polakami. Zna tylko kilka wyrażeń, ale świadczą one w pewnym stopniu, jaki gatunek Polaków łatwo spotkać na zachodzie. Oto kilka przykładów zdań po polsku Niemca: „dawaj klucze”, „pij, kurwa, bo ci przykopię”, „nie ma roboty, nie ma mieszkania, wszystko chuj”, „zamknij ryj”, „ty chuju” i tym podobne. Pozdrawiam polonię w Europie i na świecie! Dobra robota!

Jutro umówiłem się ze znajomymi na wycieczkę po hutongach i siheyuanach, więc będzie co opisywać, szczególnie, jeżeli pogoda dopisze. Wreszcie popełnię jakiś porządny wpis na tego bloga. Stay tuned!

I jeszcze parę zdjęć. Ja z Norwegiem:

Z cyklu „znajdź na obrazku irytującego Amerykanina”:


05:48, ximinez
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 20 listopada 2006
Proszę o zwolnienie Tomasza K. z pisania bloga w dniach 09.11-19.11 z powodu...

Ostatnio rzadko coś tu pisałem, a spowodowane to było kilkoma czynnikami:

Po pierwsze – egzaminami. Nawet takich orłów jak ja ktoś, od czasu do czasu, chce sprawdzić. Wyników jeszcze nie mam, ale podejrzewam, że nie poszło mi za dobrze. Pewnie sprawa miałaby się lepiej, gdybym się choć trochę przygotował, ale w nawale pracy związanej z tłumaczeniem i z powodu wizyty w kraju, jakoś tego czasu zabrakło.

Po drugie – tłumaczenie. Powoli zbliżam się do końca zlecenia, przez które przez ostatnie miesiące niemal nie opuszczałem pokoju, oprócz wychodzenia na zajęcia, do siłowni i po jedzenie. Nie mogę się już doczekać końca – wreszcie na poważnie zwiedzę miasto, rozbiję namiot i spędzę parę nocy w muzeum historycznym oraz zacznę szukanie mieszkania.

Po trzecie – szwankuje mi dostęp do internetu. Nie mogę się połączyć nawet ze stronami, które nie są w Chinach zablokowane, przez co tracę ochotę na korzystanie z internetu w ogóle. Brzmi dziwnie? Trudno – jestem dziwakiem.

Po czwarte – prawie nic ciekawego się nie dzieje. Patrz punkt drugi.

Jako ciekawostkę powiem tyle, że wymyśliłem okrutną zemstę, którą wywrę na moim współlokatorze. Przed przeprowadzką nauczę się od jakiegoś Koreańczyka, który nie zna tego mojego, jak powiedzieć w ich języku „Biegle mówię po koreańsku i rozumiałem jak mnie obgadywałeś z kolegami, cycu! Ha!”, rzucę to przez ramię wychodząc i trzasnę drzwiami, aby nigdy nie powrócić, a jego zostawię skonfundowanego. Uuuch, ale będzie ubaw :D

12:36, ximinez
Link Komentarze (8) »
czwartek, 09 listopada 2006
Zabiję mojego współlokatora

Serio, wezmę w nocy poduszkę i go uduszę. Albo zrobię coś bardziej spektakularnego i wyrzucę go przez okno. To już drugi wpis z rzędu, w którym się pojawia, ale jego obecność jest jednym z głównych aspektów mojego codziennego życia ostatnimi czasy. Mogę pisać albo o nim, albo o tłumaczeniu, nad którym pracuję.

Dla niezdecydowanych: dlaczego warto zabić swojego koreańskiego współlokatora?

1. Koniec z wąchaniem puszczanych przez niego bąków. Skurwysyn się nawet z tym nie kryje – walnie nogi na stół i dawaj zanieczyszczać powietrze!

2. Skończy się to pieprzone ciamkanie, mlaskanie, chrząkanie i wszystkie inne dziwaczne odgłosy, które wydaje w każdej minucie swojego życia, a szczególnie podczas jedzenia. Seryjnie, ilu ludzi spotkaliście w swoim życiu, którzy ciamkają, kiedy jedzą miętówkę?

3. Koniec z borykaniem się z efektami jego zajebistych pomysłów racjonalizatorskich. A to klimę włączy na 15°C, a to otworzy okno, odsłoni firanki, zapali światło i zacznie się rozbierać do snu, albo jeszcze lepiej – wyleje wodę na podłogę i będzie „nawilżał powietrze”. Następnym razem niech sobie obsika materac, wilgoci będzie miał pod dostatkiem. Boję się kolejnych przebłysków jego geniuszu. Boję się, że wrócę kiedyś do pokoju i zastanę telewizor do góry nogami, bo w ten sposób promieniowanie będzie lepiej oddziaływało na jego twarzoczaszkę.

4. Przestanę wysłuchiwać i być świadkiem jego plucia. Ja wiem, że to w tym kraju norma, ale są pewne granice! Ten cieć potrafi wejść do pokoju z melą gotową do wyplucia, postać jeszcze chwilę nad koszem na śmieci, pocharchać sobie jeszcze trochę i dopiero pozbyć się, z niekłamanym smutkiem, cudnego efektu swoich starań. Nawet jak pluje w łazience to słychać go na całym piętrze.

5. Koniec z zamykaniem mi drzwi na klucz, kiedy nie ma mnie w pokoju 30 sekund. Wychodzę do toalety, klucze zostawiam na stole, na widoku. Koreaniec siedzi przy komputerze, coś tam pisze, więc myślę sobie, że jeszcze chwile tak posiedzi. Nie! Ten złamas wybiera oczywiście akurat ten moment, żeby pójść sobie na obiad, albo pogadać z koreańskimi kolegami i powymieniać się najnowszymi pomysłami na doprowadzenie współlokatora do białej gorączki. A ja znowu muszę iść do recepcji i poprosić, żeby mi własny pokój otworzyli. Ostatnio po paru pierwszych słowach kobieta wiedziała już o co mi chodzi i zaczęła się śmiać!

6. Koniec z „Dynastią”, melodramatami i kłótniami pomiędzy nim, a jego dziewczyną, które kończą się tym, że on wisi na telefonie i przeprasza ją pół nocy. Poza tym wyjątkowa z niego menda pod tym względem. Zwierzył mi się, że to dziewczyna tylko tymczasowa, na pobyt tu i on z góry wie, że rzuci ją w cholerę, kiedy będzie wracał do Korei.

7. I koniec z milionem innych, wkurzających nawyków, zachowań i postaw, które doprowadzają mnie do furii. I jeszcze dokopał mi w Starcrafta!

Wybacz, drogi Czytelniku, takie wylewanie żali, ale musiałem się wykrzyczeć i odreagować. W końcu blog ten pełni dla mnie również funkcję terapeutyczną, a ponieważ napisałem tutaj to, co stoi powyżej, już mi lepiej i zapewne nie zabiję mojego współlokatora. Choć mam wielką ochotę.

Dobra, to już ostatni raz, kiedy o nim piszę. Następny wpis będzie o czym innym, zgoda?

17:14, ximinez
Link Komentarze (22) »
wtorek, 07 listopada 2006
Na starych śmieciach

Znowu Pekin, znowu te same zapachy, ci sami ludzie, to samo otoczenie. Z jednej strony wracam do czegoś już znajomego, ale z drugiej to jednak nadal obce. Miwa znowu nawalony drzemie na kanapie, a mój współlokator, Koreańczyk, jest nadal niezawodnie irytujący.

Na dziedzińcu przywitał mnie znajomy Grek słowami „back in this shithole, eh?”, a w pokoju na moje powitanie wyszła powódź. Tego właśnie potrzeba człowiekowi wymęczonemu dobą podróży – zalana podłoga. Poszedłem do łazienki po mopa. Sprzątaczka, która akurat tam była, zaczęła mówić coś o moim współlokatorze i zgubionym kluczu do pralki. Nawet nie siliłem się na rozumienie, przytaknąłem i wyszedłem. Kiedy już uporałem się z potopem, zobaczyłem, że koreańskim zwyczajem, okno w pokoju jest otwarte, a firanki rozsunięte. Ponieważ zaczęli już grzać, nie ruszyło mnie to specjalnie – wewnątrz było wystarczająco ciepło. Mimo tego okno nieco przymknąłem i zasłoniłem. Wypakowałem graty z walizki (po przemyśleniu sprawy zdecydowałem, że nie będę szedł spać, bo w nocy się obudzę i już nie usnę) i położyłem się na moment na łóżku. „Skąd ta woda na podłodze?” myślałem patrząc jednocześnie na zupełnie inną część pokoju – sufit. „Nie ma prawa przecież wyciekać z łóżka”. Moje rozmyślania przerwał powrót Koreańczyka.

- O, wróciłeś – rzucił w progu.

- Ano wróciłem – odparłem.

- Jak było?

- Super.

W międzyczasie on podszedł do okna, odsłonił je i otworzył.

- Zauważyłeś wodę na podłodze?

- No właśnie! – w tej chwili odzyskałem zainteresowanie rozmową.

- To ja wylałem – powiedział, a na jego twarzy odmalowała się duma, jak gdyby własnoręcznie udusił, wyciągnął na brzeg i wypatroszył wieloryba. – Strasznie suche tu powietrze, więc trochę nawilżyłem – odpowiedział na pytanie, którego nie zdążyłem jeszcze zadać.

 

Debilizm tej sytuacji odebrał mi mowę. Zrobił na podłodze kałużę po to, żeby nawilżyć powietrze? Bardzo inteligentnie, młotku, szczególnie, że otwierasz okno, a na zewnątrz wilgotność powietrza jest bliska 0%. Może przynajmniej wilgoć zatrzyma się na zasłonach. A nie! Przeca pod twoim panowaniem zwykle gniją w kącie.

Dywagowałem sobie jeszcze chwilę w ten deseń, aż uderzyło mnie, że ten Koreańczyk nie jest jednak taki głupi, jak w pierwszej chwili pomyślałem. Przemyślałem wszystko raz jeszcze i doszedłem do wniosku, że wpadł na pomysł racjonalizatorski godny Orderu Lenina. Zapraszam, Czytelniku, na wycieczkę w krainę koreańskiej innowacyjności.

Jedyny skutek, jaki odniesie wylanie wody na podłogę to zwilżenie podłogi, którą prędzej czy później trzeba będzie wytrzeć. Ponieważ okno jest otwarte, powietrze nie ma szans na złapanie jakiejkolwiek wilgoci. Dlatego będzie ono zawsze suche i wymagało nawilżania, a podłoga wiecznie wilgotna i domagająca się wysuszenia. Zatem Koreaniec może w kółko wodę wylewać i wycierać, nie musi nawet zbyt długo czekać pomiędzy cyklami. Jakości powietrza to nie zmieni, ale odniesie podwójny skutek: on nigdy już nie będzie się nudził pomiędzy nauką, a słuchaniem Westlife, a podłoga będzie czysta jak katechetka w podstawówce. Genialne!

Z cyklu „ciekawostka dnia”: lotnisko w Kopenhadze jest najładniejszym, jakie kiedykolwiek widziałem. Stylowo urządzone, z drewnianymi podłogami i przyciemnionym światłem – wszystko to sprawia, że panuje tam atmosfera bardziej kawiarniana, niż terminalowa. Do tego miła obsługa, cisza, spokój, jak to w krajach skandynawskich. Jedynym minusem jest płatny internet wireless, ale to zdaje się być reguła, od której wyjątkiem jest terminal we Wiedniu. Austriacy dobrymi uczynkami nadal starają się odpokutować Hitlera.

To niestety cały czas antenowy, jakim dziś dysponujemy. W następnym odcinku programu „Zrób to sam” powiemy jak zlikwidować upierdliwego współlokatora, jeżeli przypadkiem jest Koreańczykiem. Stay tuned!

P.S. Jeżeli nagle przestanę nadawać, może to oznaczać, że serwis blox.pl został w Chinach zablokowany. Taki los spotkał ostatnio parę amerykańskich witryn, między innymi blogspot.com – nie mogę się z nim połączyć nawet dzięki specjalnym programom obchodzącym chińskie zabezpieczenia. Ech, co za kraj...

 

14:33, ximinez
Link Komentarze (8) »