Rzecz o Chinach, Chińczykach, chińszczyźnie i pewnym sinologu.
web stats stat24.com
RSS
niedziela, 25 marca 2007
Taśmy

Ponieważ jestem trochę odcięty od świata, na wzmianki o aferze taśmowej trafiłem nieco przypadkiem, szukając na stronie gazety.pl czegoś zupełnie innego. Od razu wydało mi się, że sprawa śmierdzi na kilometr i nie mogłem powstrzymać się od podzielenia się z Czytelnikami moimi spostrzeżeniami. Jeżeli pojawiły się one już w jakichś programach publicystycznych, albo są powszechnie znanymi faktami, proszę o zignorowanie tego wpisu i kontynuowanie normalnego toku swojego życia. W przeciwnym wypadku proszę o kontakt osoby chcące zatrudnić osobę tak bystrą jak ja.

sobota, 24 marca 2007
Wielki Mur

Jak rzecze chińskie przysłowie: „不到长城非好汉”, czyli dosłownie „nie wejść na Wielki Mur jest tchórzostwem”. Takoż i my, nie chcąc by uważano nas za tchórzy, wybraliśmy się na wycieczkę do miejscowości Badaling, gdzie znajduje się najpopularniejszy wśród turystów, odrestaurowany fragment muru.

poniedziałek, 19 marca 2007
ZERO TOLERANCJI...

...dla emigrantów.

poniedziałek, 12 marca 2007
Punk Rock Union!

Dzisiejszy wpis przeznaczony jest głównie dla osób lubiących muzykę raczej cięższą. Czytelnicy preferujący lżejsze brzmienia mogą klikać tu.

niedziela, 11 marca 2007
Świątynia Nieba

Dzisiejszy wpis będzie kontynuacją wpisów turystycznych, które urwały się na wizycie w Zakazanym Mieście. Niniejszy, emocjonujący odcinek nosi tytuł „Świątynia Nieba”. Endżoj.

Świątynia Nieba (天坛, czyli właściwie ołtarz nieba) leży nieco na południe od Zakazanego Miasta i jest największą z czterech świątyń otaczających tę cesarską siedzibę (na północy znaleźć można ołtarz ziemi 地坛, na wschodzie ołtarz słońca 日坛, o którym już pisałem, a na zachodzie, najmniejszy z czterech, ołtarz księżyca – 月坛). Kompleks zajmuje obszar 2,7 km², a wzniesiony został w roku 1420, czyli w czasach panowania dynastii Ming. Czytelnicy dobrzy z matematyki i z niezłą pamięcią pewnie uświadomią sobie, że Zakazane Miasto jest, o dziwo, mniejsze od Świątyni Nieba. Chińscy cesarze uważali się za „synów niebios”, dlatego nie śmieli uczynić własnej siedziby większą niż siedziba „ojca”. Choć wczasy to już inna historia – Pałac Letni jest już od Świątyni Nieba większy.

Świątynia składa się z dwóch zasadniczych części – okrągłego ołtarza (nieba) na północy, oraz kwadratowego (ziemi) na południu. Według chińskich teorii kosmogenicznych niebo stworzone zostało właśnie w kształcie okręgu, a ziemia kwadratu. Północny ołtarz jest również wyższy od południowego, tak jak niebo leży wyżej niż ziemia.

Ołtarz północny:




Oba ołtarze połączone są ścieżką, a rozdziela je okrągła Ściana Echo (回音壁), która stała się natychmiastowym hitem wśród uczestników wycieczki. Słowa wyszeptane na jednym jej końcu są wyraźnie słyszane nawet kilkanaście metrów dalej. Nie wiem jakie było jej praktyczne zastosowanie w czasach cesarskich, ale obecnie jest zdecydowanie rozrywkowe.




Ołtarz południowy:


Jak to czasami bywa, tak i tego dnia nastąpił zachód słońca, który stanowił dla nas sygnał do wymarszu i okazję do udania się na pobliski Targ Perłowy, celem zakupienia różnorakich błyskotek. Ale to już zupełnie inna, nieciekawa historia.




Stay tuned!

10:18, ximinez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 marca 2007
Dzień kobiet

Z okazji komunistycznego święta kobiet przesyłam wszystkim Paniom życzenia zdrowia i pomyślności ze stolicy kraju komunistycznego. Chciałem umieścić tu fotografię jakiegoś ładnego kwiatka, ale nic jeszcze w Pekinie nie zakwitło, a wrzucanie zdjęcia z internetu albo fotografowanie kwiaciarni wydało mi się co najmniej niedostateczne. Na szczęście wpadłem na lepszy pomysł i postanowiłem sprawić Paniom najlepszy z możliwych prezentów – zdjęcie seksownego faceta:


Sorry, mamo, Tobie przywiozę coś fajnego.

13:31, ximinez
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 05 marca 2007
Żegnaj reputacjo, witaj zimo

Dzisiejszy wpis będzie tzw. double feature – dwa pomysły, jeden tekst = mniej pracy i jeden dzień przerwy.

Dzisiaj zaczęły się zajęcia na moim uniwersytecie. Uch, cóż za rozkosz, znów budzić się bladym świtem, żeby zdążyć na nieco nudnawe zajęcia. Ale nie narzekam, po to tu jestem i w sumie coś na nich zyskuję. Zaczęło się z przytupem – na pierwszy ogień zajęcia z tekstów gazetowych, prowadzone, zupełnym przypadkiem, przez tego samego wykładowcę, który uczył mnie w poprzednim semestrze. Okazuje się, że jestem jedyną osobą w grupie, którą już zna, dlatego od razu stałem się jego „ulubieńcem” i to w tym nienajlepszym (przynajmniej dla ucznia) sensie. Na wstępie zapytał, czy w tym semestrze mam więcej czasu i czy nadal pracuję. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie. „Wspaniale, w takim razie na pewno będziesz najlepszym uczniem w grupie”. Ekstra, już czułem zawistne spojrzenia ambitnych nołlajfów, którzy tylko czekają na takie pochlebstwa. Dalej nie było lepiej. „Czy ktoś wie jak to powiedzieć? Nikt? A może Sun Wengui (ja)? Jakbyś Ty to powiedział?” Nie robił tego złośliwie, a ja faktycznie wiedziałem (te kilka razy), więc nic takiego się nie stało. Aż doszliśmy do przerabiania słówka „limit”. Nic trudnego, znałem je wcześniej, ale było w podręczniku, dlatego wypada coś o nim powiedzieć.

- ... to tak jak z jedzeniem i piciem. Nie możecie zjeść i wypić tyle ile się wam podoba, prawda? Każdy ma jakiś... no właśnie – limit! Sun Wengui, jaki jest twój limit podczas picia piwa?

Trochę mnie wmurowało, ale postanowiłem nieco poprawić grobowo-szkolną atmosferę w klasie i rzuciłem:

- Nie mam takiego!

- Haha! To nawet dwie beczki potrafisz wypić?

- No... Może dwóch beczek to nie – odpowiedziałem. „Dobra, kończ waść dowcip, wstydu oszczędź” – pomyślałem.

- No to zgódźmy się, że tak z 5 piw to będzie twój limit...

- No powiedzmy...

-... na godzinę.

Ha ha ha, wszyscy się pośmiali, ale w ogólnym rozrachunku „no harm done”.

Następne zajęcia były z nauczycielką zupełnie nową (przynajmniej dla mnie). Standardowa nuda i klepanie podręcznika, aż do konstrukcji „cieszyć się (czymś)” na przykładzie zdanka „cieszyć się sławą w świecie”.

- A z jakiego powodu Wasze kraje cieszą się sławą w świecie? Może.... Sun Wengui? (kuźwa, dlaczego jestem pierwszy na liście?)

- Eeemmm.... – wybełkotałem, bo nic nie przychodziło mi do głowy. – Polacy cieszą się sławą w świecie z powodu swojej odporności na alkohol!

Super, matole, teraz to już nawet dwójka Rosjan w grupie uważa Cię za alkoholika. Tym razem jakoś nikt się nie śmiał. Nauczycielka postanowiła poprawić mi humor i jednak przekonać grupę (i mnie), że Polacy jeszcze z czegoś słyną.

- No tak... odporność na alkohol... Ale przecież jest jeszcze ten słynny pisarz, Andelu (安德鲁). Wiesz o kogo chodzi?

Pokręciłem głową, cały czas myśląc o kim ona mówi. Chińska transkrypcja zachodnich imion i nazwisk jest fatalna, ale zwykle przynajmniej przypominają one brzmieniem oryginały.

- Napisał bajkę o takiej rybce, która zamieniła się w kobietę...

Z opresji wyratowała mnie Francuzka: - Andersen, chodzi o Andersena, prawda? On nie był Polakiem, tylko Duńczykiem.

- Naprawdę? No cóż... – zamyśliła się nauczycielka i nie starała się już wymyślać z czego mogą jeszcze słynąć Polacy.

No! To już wolę uchodzić za pijaka, niż gdyby złapali mnie na nieznajomości naszych pisarzy ;)

Gwoździem do trumny mojej reputacji w grupie okazał się nie kto inny, jak mój ukochany Koreańczyk, z którym mieszkałem w ostatnim semestrze. Jakimś kosmicznym zbiegiem okoliczności dostałem się do jednej grupy razem z nim. Dzisiaj nie przyszedł na zajęcia, ale jestem pewien, że jak tylko się pojawi, to nie omieszka do końca zszargać mojej opinii, przynajmniej wśród koreańskiej większości kolegów i koleżanek z grupy.

***

A teraz szybka zmiana tematu. W sobotę nastąpił w Pekinie atak zimy. Po opuszczeniu wygodnej i ciepłej kawiarenki, ku swojemu zdziwieniu zauważyłem, że coś białego leci mi na głowę. Popatrzyłem chwilę na ten niesamowity cud natury, aż w końcu trybiki w mojej głowie skrzypnęły i, pomimo rdzy, ruszyły.

-Ś... śn... śnieg?! – z trudem przypomniałem sobie dawno nieużywane słowo.

Na szczęście temperatura była dodatnia, więc szybko zamienił się w wodę i już w południe następnego dnia nie było po nim śladu. Jednak zanim spłynął do kanałów wezwał posiłki: mróz i wiatr. Póki co niepodzielnie władają one Pekinem i zmuszają miliony ciepłolubnych istot (w tym mnie) do nie wychylania nosa z ciepłych mieszkań, jeżeli nie jest to absolutnie konieczne, lub dystans do pokonania nie przekracza 100m. Sytuacja ma dwa pozytywne aspekty: mogę poszpanować przed Chińczykami używając niedawno wyuczonego zwrotu 寒风刺骨 („mroźny wiatr przenika do kości”), oraz wrzucić dwa zdjęcia:




Tym wiosennym akcentem kończę na dziś i życzę wszystkim w Polsce miłego poranka.

10:32, ximinez
Link Komentarze (5) »
sobota, 03 marca 2007
Zakazane Miasto

Dzisiaj odbędzie się uroczysta prezentacja wpisu o wycieczce do Zakazanego Miasta. Prosimy o nie hałasowanie podczas projekcji oraz wyłączenie telefonów komórkowych. Prosimy również o nie nagrywanie pokazu – piractwo blogowe to przestępstwo!

Z góry przepraszam za potencjalną nieskładność wpisu i błędy, ale wczoraj byłem na bardzo fajnej imprezie w ambasadzie RP i jestem nieco zmęczony...

Zakazane Miasto to nic innego jak pałac cesarski służący 14 władcom dynastii Ming i 10 z dynastii Qing. Budowa ruszyła w roku 1407, za panowania cesarza Yongle (trzeciego z dynastii Ming), a zakończyła się w roku 1420. Całość kompleksu zajmuje 74ha i składa się z rzekomo 9999 budynków.

Zanim wyruszyliśmy na podbój Zakazanego Miasta uraczyliśmy się wyjątkowo chińską rozrywką – puszczaniem latawców. Miało to, oprócz rozrywki, również cel praktyczny: nowo zakupione latawce trzeba było wypróbować, ponieważ zostały zakupione za więcej, niż przeciętne i obiecano, że będą wspaniale szybować...




...co okazało się kłamstwem. Na marginesie wspomnę, że kilka dni później udało się odzyskać większość zapłaconej sumy na bazarze, na którym latawiec został kupiony. Postraszenie sklepikarzy tekstem „pójdę do kierownika bazaru złożyć zażalenie” czasami działa w Chinach.

Po latawcu na placu Tian’an Men przyszła pora na zrobienie sobie obowiązkowych zdjęć z Bramą Niebiańskiego Spokoju w tle.




Przy okazji zrobiliśmy kilka ponadprogramowych ;)


A potem było już oglądanie i podziwianie. Nie będę okraszał zdjęć komentarzem – przy tej ilości informacji na temat Zakazanego Miasta dostępnej w internecie wydaje się to zupełnie zbędne. Poza tym jeden obraz wart jest tysiąc słów, prawda?


























Jak wiadomo, pierwszą kawiarnię LavAzza założył w Zakazanym Mieście Matteo Ricci w roku 1584. Ponieważ Ricci był znawcą matematyki i astronomii, ceny rosły w postępie geometrycznym aż do osiągnięcia dzisiejszych, kosmicznych pułapów.


Na terenie Zakazanego Miasta, w obszarze Pałacu Wewnętrznego, który zamieszkiwał cesarz i jego konkubiny, znajduje się bardzo przyjemny park.








Podczas zwiedzania byliśmy świadkami musztry, jakiej poddawani byli miejscowi ochroniarze. Wyglądało trochę jak WF w gimnazjum.


Adblock

Tak oto zmitrężyliśmy cały dzień i czas nadszedł opuścić pogrążające się w wieczornym mroku Zakazane Miasto.




I tak kończy się dzisiejszy wpis, ale zanim Czytelnik uda się, aby ochłonąć z mocnych wrażeń i zapalić papierosa jak po ostrym seksie, chciałbym wyłożyć swoją nowatorską propozycję. Otóż w ramach pionierskiego programu BlogoTele, staje przed Czytelnikiem wybór: następny wpis może być poświęcony kolejnemu zabytkowi (Świątynia Nieba) LUB może być z gatunku bardziej „kulturowych” (miałem genialny pomysł jadąc wczoraj w nocy windą, ale nie mogę go sobie przypomnieć). Swoje preferencje proszę zostawiać w komentarzach, a w nagrodę może nawet się do nich zastosuję.

Stay tuned!

13:59, ximinez
Link Komentarze (6) »
środa, 28 lutego 2007
Tejk jołrl pikczełrl płiiz.

Pisałem już kiedyś o specjalnym traktowaniu, w dobrym i złym sensie, jakiego doświadczyć mogą obcokrajowcy w Chinach. Jednym z jego przejawów jest uwielbienie, z jakim Chińczycy fotografują się z białymi. W okolicach największych atrakcji turystycznych często można usłyszeć gdzieś za plecami prośbę o wspólną fotkę wypowiedzianą łamaną angielszczyzną, lub zobaczyć to samo pytanie wygestykulowane. Wytłumaczenia tego fenomenu są dwa: Chińczycy będą się zdjęciami chwalić na wioskach, z których przyjechali, bo tam obcokrajowcy faktycznie są niesamowitym fenomenem widywanym tylko w telewizji, ALBO fotki te lądują potem w mrocznych kartotekach, w trzewiach posępnego i unikanego przez miejscowych budynku bezpieki. Nie ukrywam, że daleki jestem od wyznawania wszelakiej maści spiskowych teorii dziejów, ale taka myśl przemknęła mi raz czy dwa przez głowę.

Chińczycy najczęściej dobrze i z gustem dobierają innostrańców, z którymi się fotografują...


...choć czasem to biali wychodzą na całej sprawie lepiej...


...a czasami nie wygrywa nikt ;)

Podczas wycieczki na most Marco Polo przyczepił się do nas miejscowy, którego wysłała za nami jego matka, zatroskana o potencjalnie zagubionych obcokrajowców. Mówił całkiem nieźle po angielsku i choć nie potrzebowaliśmy pomocy, kręcił się wokoło zadając sporo pytań. W pewnym momencie spostrzegł, że palę dość niecodziennego papierosa i zapytał co to za dziwactwo. Odpowiedziałem, że to koreańskie fajki i wyciągnąłem paczkę, żeby go poczęstować w tym samym momencie, w którym zapytał, czy może wziąć sobie jednego na pamiątkę. Ponieważ w paczce zostało tylko 4 zaproponowałem mu, że może sobie je zatrzymać razem z opakowaniem. Jego reakcja trochę zbiła mnie z tropu:

- Wow, this is the best gift I ever got.

Przez chwilę poczułem się dziwacznie zakłopotany, trochę jakbym kupował wyspę Manhattan za sznur paciorków. Ta nadmierna wdzięczność była o tyle dziwna, że wyglądał na młodego (ok. 26 wiosen), dość obytego faceta i utrzymywał, że dwa lata temu skończył studia na Shoudu Shifan Daxue, całkiem niezłej, pekińskiej uczelni.

W końcu zadał pytanie, które widocznie nurtowało go już przez chwilę – czy może zrobić sobie z nami zdjęcie. Zapytałem czy ma swój aparat, a w odpowiedzi usłyszałem, że będzie bardzo wdzięczny, jeżeli prześlemy mu zdjęcie (co zrobiłem, żeby nie było). Prośbę powtórzył jeszcze kilkakrotnie i widać było, że bardzo mu zależy.

Chwilę jeszcze orbitował wokoło nas, ale jego z jakiegoś powodu stał się nieco irytujący (przynajmniej dla mnie), więc podziękowaliśmy za pomoc i wróciliśmy na most. Część wycieczki wykazała się czujnością rewolucyjną i rozgorzała dyskusja o możliwości współpracy naszego pomocnego Chińczyka z bezpieką. Tu niby super-przyjacielski, ale potem raporcik złoży komu trzeba. Nadal nie biorę takiej możliwości na serio, choć w jego zachowaniu, a był to przecież absolwent wyższej uczelni, było coś nietypowego, co trudno mi uchwycić. I te papierosy...

Ciekaw jestem, czy ktoś z bardziej obytych z Chinami (albo innymi częściami świata) czytelników bloga miał kiedykolwiek podobne doświadczenia. Jeżeli tak, to zachęcam do dyskusji w komentarzach.

To wszystko, co przygotowałem na dziś. Następny wpis poświęcony będzie wycieczce do Zakazanego Miasta, więc gorąco zachęcam do nie zamykania okna przeglądarki i czekania w gotowości.

04:42, ximinez
Link Komentarze (10) »
wtorek, 27 lutego 2007
Most Marco Polo

Dziś po raz kolejny nie opiszę żadnej z większych atrakcji Pekinu, bo te zostawiam na później – napięcie trzeba dawkować. W zamian przedstawiam szanownemu Czytelnikowi most Marco Polo, a właściwie 芦沟桥, czyli Most Trzcinowego Kanału. Na Zachodzie znany jest z Opisania świata, autorstwa mało znanego podróżnika – Marco Polo. W historii zaistniał w roku 1937, kiedy to w jego pobliżu wojska japońskie zajęły zwrotnicę kolejową, co sprowokowało Chińczyków do ataku, a to z kolei dało Japończykom pretekst do zajęcia Pekinu, a następnie większej części Chin.

Konstrukcja pochodzi z roku 1189, choć jak większość zabytków w Chinach, została później wielokrotnie przebudowana. Dzisiejszy kształt pochodzi z grubsza z roku 1698. Według przewodnika Lonely Planet, mostu strzegą podobizny 485 lwów, które według legendy ożywają w nocy i... okazały się najciekawszym elementem konstrukcji.






W pobliżu mostu znajduje się mieścinka Wanping (宛平), całkiem ciekawa, częściowo odrestaurowana, otoczona murem osada z czasów dynastii Ming, a obecnie część pekińskiej dzielnicy Fengtai. Ku naszemu zdziwieniu, niewiele się tam działo, wyjąwszy prace renowacyjne w niemal każdym domu przy głównej ulicy. Może też przygotowują się na olimpiadę, a może jedynie na nadejście nowego roku. Redakcja „Zapisków...” zajmie się rozwikłaniem tej zagadki.












Po drugiej stronie mostu Chiny okazały się dużo brzydsze. Po pokazowej wiosce Wanping mieliśmy okazję doświadczyć prawdziwego, chińskiego syfu. Brud, rozpadające się chałupiny, gruz i dość nieprzyjemny zapach. Trochę jak na Pradze Północ, tyle, że duużo bezpieczniej ;)






Obrazy wysuszonego koryta ilustrują smutny proces, który od jakiegoś już czasu ma miejsce w północnych Chinach. Wszystko schnie, pustynnieje i jałowieje. Myśleliśmy, że może sezonowo pojawia się tu woda, ale zaprzeczył temu spotkany Chińczyk (o którym więcej będzie innym razem), który powiedział, że od jego urodzenia, tj. od ok. 26 lat, okolica była sucha jak wiadomości BBC.

Nie pozostało nam już nic innego, jak kupić parę niepotrzebnych pierdół na rozłożonych z tej „dobrej” strony mostu straganach, dosiąść naszych stalowych rumaków i odjechać do domu, w stronę zachodzącego słońca.


End transmission...

05:43, ximinez
Link Komentarze (3) »