Rzecz o Chinach, Chińczykach, chińszczyźnie i pewnym sinologu.
web stats stat24.com
RSS
niedziela, 10 września 2006
Idź na sinologię, mówili, zobaczysz świat, mówili.

Przyleciałem do Chin 28 sierpnia. Dziś jest 10 września, czyli prawie równo dwa tygodnie od przylotu. Przez ten czas trzy razy poważnie myślałem o spakowaniu gratów i zabraniu się na samolot powrotny do Warszawy.

Po raz pierwszy poczułem chęć rzucenia tego wszystkiego zaraz po przylocie. Myślałem, że trzy lata studiów na sinologii złagodzą trochę szok kulturowy. Tragicznie się pomyliłem. Zameldowałem się w swoim akademiku, rzuciłem walizkę na łóżko i poczułem tak ogromną tęsknotę za wszystkim, co zostawiłem, że chciałem znaleźć najbliższy komputer z internetem i zabookować miejsce na lot do Wiednia, a stamtąd do Warszawy. Tęskniłem za rodziną i moją jedyną. Nadal za nimi tęsknię, ale teraz nie chcę już wracać do domu... z tego powodu.

Druga okazja, przy której chciałem zostawić cały ten syf, to szukanie mieszkania. Akademik kosztuje mnie około 1200 yuanów miesięcznie, za co spokojnie można wynająć mieszkanie, jeżeli znajdzie się przynajmniej jednego współlokatora, który dołoży drugie tyle. Tak przynajmniej mi się wydawało. Zacząłem więc od szukania wspomnianego współlokatora. Nie musiałem długo czekać; niedługo po przylocie wybrałem się do biura d/s studentów międzynarodowych, żeby zadać parę pytań i spotkałem tam Dave’a, Szkota z Glasgow, który był w podobnej do mojej sytuacji. Pół godziny i jedno piwo później miałem już współlokatora. Przyszedł czas na szukanie mieszkania. Do tej pory sprawdziłem już okolicę i wiedziałem, że pod bokiem mamy parę agencji zajmujących się pośrednictwem w handlu i wynajmie nieruchomości. Wybraliśmy się, zatem, do jednej z nich i poprosiliśmy łamaną chińszczyzną o pokazanie nam tego, co mają akurat na stanie. Dave nie mówi słowa po chińsku, więc wszystko musiałem załatwiać ja. Nadmienię jedynie, że mój chiński sprawdza się głównie w taksówkach i przy targowaniu się o DVD na ulicy. Nawet w restauracjach na ogół strzelam. Mieszkanie, które pokazała nam agentka było w dość starym budynku, ale bardzo przyzwoite, w pełni umeblowane i ze wszystkimi wygodami. Cena wynosiła 2500 yuanów za miesiąc, co wtedy wydało nam się dość dużą sumą. Podziękowaliśmy zatem i skłamaliśmy, że oddzwonimy. Do dziś żałuję, że tego nie zrobiliśmy. Postanowiliśmy sprawdzić inne agencje, ale mieszkania, które oglądaliśmy były albo w dość kiepskim stanie, albo zbyt drogie. Trzeciego dnia poszukiwań wróciliśmy do pierwszej agencji, ale mieszkanie, które nam wcześniej pokazali było już wynajęte. You snooze, you loose. Ostatecznie wylądowaliśmy w agencji Sunco, której agent pokazał nam dwa mieszkania. Nauczeni doświadczeniem zdecydowaliśmy się wynająć drugie z nich. Było przyzwoite, nieźle umeblowane (choć trochę rzeczy brakowało, ale o tym później) i bardzo blisko uczelni.

Tutaj muszę zrobić mały wtręt i napisać trochę o sposobie, w jaki Chińczycy załatwiają interesy. Wszyscy agenci, z którymi mieliśmy styczność zapewniali nas, że w niczym nie ma problemu. „Wszystko jest cacy, wszystko gra” mówili. „Potrzebujecie zaświadczenia o zameldowaniu do końca tygodnia? Nie ma sprawy, będzie na jutro” kadzili nam, po czym okazywało się, że nie jutro, tylko pojutrze, ale pojutrze też nie, bo za tydzień. „Chcecie większe łóżka i miększe materace? Nie ma problemu, będą na jutro” mówili podczas oglądania mieszkania. „No co ja wam zrobię. Nie ma tych nowych łóżek i tyle” usłyszeliśmy, kiedy już podpisaliśmy umowę. „Szukacie mieszkania? Super, zadzwonię jutro z samego rana i umówimy się, ok?” słyszałem w słuchawce, kiedy szukałem agencji. „Hej, dzwonię z tej-i-tej agencji, możemy umówić się na telefon jutro?” informowała mnie agentka, kiedy oddzwaniała dwa dni później. Jest to pewnie jedna z wielu irytujących cech Chińczyków, a pewnie nie tylko oni cierpią na podobne przypadłości. Wkurzające tak czy inaczej.

Jak już wspomniałem podpisaliśmy umowę z agencją Sunco na wynajem mieszkania, zebraliśmy potrzebne pieniądze (3 miesiące czynszu + równowartość 2 miesięcy czynszu jako depozyt + równowartość 1 miesiąca jako opłata za usługę pośrednictwa = MNÓSTWO FORSY!) i byliśmy gotowi do przeprowadzki. Dave wymeldował się z hostelu, gdzie mieszkał i ze wszystkimi gratami doczłapał do nowego mieszkania. Ja, na szczęście, zostawiłem sobie przyjemność opuszczenia akademika na później. Na miejscu okazało się, że nie ma jednego łóżka, nie wymienią materaca, internet będzie założony nie wiadomo kiedy, ale możemy się wprowadzać. Kiedy jeden z agentów poszedł po klucze zaczęliśmy dopytywać się o meldunek (był nam potrzebny do rejestracji na uczelni). Drugi z agentów, wraz ze swoją towarzyszką, zadzwonił do właściciela mieszkania, który przebywał wtedy w Szanghaju i zapytał czy będzie mógł przylecieć i załatwić nam meldunek. Okazuje się, że pomimo przymilnych zapewnień, że wszystko gra i będzie załatwione na czas, agenci nie zadali sobie trudu zadzwonienia do właściciela i spytania jego o zdanie. Kiedy w końcu to zrobili, ten odpowiedział krótko, a jego słowa można przetłumaczyć następująco: „powiedz, proszę, tym dwóm przemiłym dżentelmenom przybyłym z zagranicy, aby w pośpiechu udali się w męski narząd rozrodczy i opuścili moje mieszkanie”. Użył nieco dosadniejszych słów, ale sens zachowałem. Zrezygnowani, zmęczeni i źli jak diabli udaliśmy się z jednym z agentów do Sunco, gdzie zażądaliśmy naszych pieniędzy. Było już dobrze po 21 i musieliśmy poczekać, aż inny pracownik przywiezie pieniądze z domu. Dla zabicia czasu agent zagaił, że wisimy agencji jeszcze 150 yuanów za sprzątanie mieszkania. Właśnie starałem się przypomnieć sobie wszystkie przekleństwa, jakie znam po chińsku, ale chyba zrobiłem się zbyt czerwony na twarzy, bo agent zmienił zdanie i wspaniałomyślnie oznajmił, że agencja pokryje koszty sprzątania. Zabraliśmy nasze pieniądze, zostawiliśmy je w sejfie, który mam w pokoju w akademiku i poszliśmy się napić. Właśnie pomiędzy jednym, a drugim piwem Yanjing (tutejsza marka – formaldehydy nadają temu piwu bardzo ciekawy bukiet i właściwość wywoływania bólu głowy po jednej szklance, ale kosztuje tylko 3 yuany za butelkę) przepijanym świetną whisky, którą Dave przywiózł z domu, przez głowę przeszła mi myśl, że następnego dnia spakuję rzeczy i pojadę na lotnisko. Ale przeszło... do czasu.

Następne dni spędziliśmy na chodzeniu po innych agencjach, lecz bez skutku. Mieszkań albo nie było, były w fatalnym stanie albo były za drogie. W końcu nadszedł czas rejestracji i postanowiliśmy pójść i spróbować wybłagać odłożenie terminu oddania paszportu (potrzebnego do zdobycia meldunku). Ku naszemu zaskoczeniu, nikt nie robił z tego większego problemu, ale musieliśmy obiecać, że oddamy go w przeciągu paru dni. Wtedy też Dave przypadkiem poznał pewnego Amerykanina, Robbiego. Robbie mieszka w Pekinie już drugi rok, świetnie mówi po Chińsku, a jego najlepsza przyjaciółka pracuje w dużej agencji pośrednictwa nieruchomości. Myśleliśmy, że rozbiliśmy bank, szczególnie po tym, kiedy wspomniana przyjaciółka Robbiego zabrała nas do wspaniałego mieszkania, świeżo wyremontowanego, ze wszystkimi udogodnieniami i tylko 5 minut spacerkiem od bramy uniwersytetu. Na dokładkę właściciel był bardzo miły i mówił po angielsku. Robbie był równie miły i cholernie pomocny, wpadł przetłumaczyć umowę, wytłumaczyć wszystkie niedomówienia z właścicielem i podnieść nas na duchu. Mieliśmy przeprowadzać się w niedzielę. Wszystko było cacy... do soboty.

Siedziałem akurat w małej, muzułmańskiej knajpce, rozkoszując się szaszłykiem z podpłomykiem po Xinjiang’sku, zmęczony dniem spędzonym na targowaniu się o telefon komórkowy na targu z elektroniką (do tej pory używałem aparatu koleżanki), kiedy zadzwonił Dave i powiedział, że są jakieś problemy z właścicielem. Okazało się, że Robbie i Lily (jego przyjaciółka-agentka) zaprosili go na kolację i prosili, żebyśmy też przyszli. Tutaj muszę ominąć pewien fragment i zostawić go na później, bo wart jest szerszego opisania. Dość rzec, że w restauracji dowiedzieliśmy się, że nie możemy zamieszkać w tym mieszkaniu. Nie należy ono do pana Ren, którego wcześniej braliśmy za właściciela, ale do jego teściowej, która na stałe mieszka w USA. Gdybyśmy byli Chińczykami, nie byłoby problemu. Ale jako laowai’e musimy „udać się w męski organ rozrodczy”. Tak oto znalazłem się w obecnej sytuacji, którą postaram się, bo tak będzie najprościej, przedstawić w punktach:

  • w poniedziałek mija 2 tygodnie odkąd mieszkam w akademiku, a w ciągu 2 tygodni od zameldowania muszę zdecydować czy mieszkam tu czy się wyprowadzam;
  • za każdą noc w akademiku płacę 40 yuanów, co oznacza, że mój rachunek opiewa już na 520 yuanów, które mógłbym przeznaczyć na wynajęcie mieszkania;
  • jeżeli chcę znaleźć mieszkanie muszę zrobić to jutro, najpóźniej pojutrze; sprawę naturalnie ułatwia fakt, że jutro (a raczej dziś, bo jest już grubo po północy) jest niedziela;
  • nawet jeżeli uda mi się przedłużyć pobyt w akademiku bez potrzeby płacenia kary, gdybym zdecydował się później go opuścić (1200 yuanów), to w ciągu 30 dni od przekroczenia granicy ChRL muszę dostać Residence Permit; uczelni wyrobienie tego zajmuje 2 tygodnie; przekroczyłem granicę ChRL 2 tygodnie temu (dla słabszych – w sumie 28 dni).

I tak siedzę sobie w ciemnym pokoju, słucham najmocniejszego metalu, jaki mam na dysku (ale na słuchawkach, żeby nie obudzić współlokatora – Koreańczyka, który nie mówi słowa po angielsku) i marzę o powrocie do domu. Ostatecznie pewnie tego nie zrobię, w końcu czekałem na wyjazd do Chin trzy lata, ale sama świadomość, że już 3 razy o tym poważnie myślałem nie prognozuje niczego dobrego na przyszłość. Ma ktoś na podorędziu kapkę szkockiej whisky?

06:07, ximinez
Link Komentarze (2) »
środa, 06 września 2006
Jazda, jazda, jazda, jaaaazdaaaaaa...

 

Oto ja. Wysoki, przystojny i diabelnie inteligentny student sinologii z Warszawy. Co więc we mnie na tyle ciekawego, że chciałbym pisać bloga i dzielić się przemyśleniami z tłuszczą? Ano to, że przez najbliższy rok będę mieszkał i studiował w Pekinie. Tym w Chinach, nie w Markach.

Wyjazd do Chin jest bardzo ważny w toku studiów sinologa, choć od samego początku stanowił bardzo odległą perspektywę. „Wyjeżdżam za trzy lata”, mówiłem, choć szybko musiałem trzy przeprawić na dwa. „To dopiero za rok”, powtarzałem później. I ani się obejrzałem musiałem zmienić śpiewkę na „W sumie to jadę za miesiąc”. A teraz jestem tu już od tygodnia. Brr...

Studiuję (czy raczej będę studiował, bo zajęcia jeszcze się nie zaczęły) chiński na Beijing Normal University (北京师范大学) i, szczerze mówiąc, trochę przeraża mnie ta perspektywa. Tak, tak, może i jestem twardy jak Kloss i nieustraszony niczym Janek Kos, ale życie przez rok w miejscu tak obcym wszystkiemu, co dotychczas znałem jest nieco strachogenne. Aby uratować twarz natychmiast nadmieniam, że nie jestem w tym względzie odosobnionym przypadkiem. Wszystkie koleżanki i koledzy, którzy wybrali się, tak jak ja, na roczne stypendium w Chinach też to przeżywają. Ale cóż począć, trzeba zacisnąć zęby i przeć do przodu w nadziei, że wszystko jakoś się ułoży i uda nam się zadomowić wśród 1 400 000 000 Chińczyków. 

Długie to trochę i rzewne jak na wstępniak do bloga, więc bez zbędnej kurtuazji zapraszam do czytania tego, co tu się, prędzej czy później, zacznie pojawiać.

12:37, ximinez
Link Komentarze (6) »
1 ... 11 , 12 , 13