Rzecz o Chinach, Chińczykach, chińszczyźnie i pewnym sinologu.
web stats stat24.com
RSS
poniedziałek, 26 lutego 2007
Yonghe Gong

Kolejnym punktem wirtualnej wycieczki po Pekinie i przyległościach będzie Yonghe Gong (雍和宫), czyli działające w Pekinie lamaserium. Jest to aktywna świątynia, w której, jak dowiadujemy się z filmu dołączonego do biletu na małej płycie CD, dwa razy dziennie odprawia się nabożeństwa.

Zwiedzających i wiernych witają już od wejścia cytaty z buddyjskich sutr. Ten poniżej głosi: „Ojczyźnie przysparzać chwały, Olimpiadzie dodawać splendoru”.


Widocznie mnisi włączają się do organizacji olimpiady równie aktywnie, co reszta społeczeństwa. Plotka głosi, że trenują do dwóch konkurencji: czytania sutr na czas i medytacji z przeszkodami.

Dalej jest już mniej oficjalnie, a bardziej urokliwie. Pomimo tłumu, Yonghe Gong jest oazą spokoju w sercu tego hałaśliwego i uciążliwego dla nerwów miasta.








Jak w każdej buddyjskiej świątyni, tak i tu podziwiać można różnorakie rzeźby sakralne.






Oprócz zwykłych rzeźb, Yonghe Gong poszczycić się może jedną wyjątkową. Jest to wysoka na 18m podobizny Buddy, której główna część została wyrzeźbiona z jednego kawałka drewna i z tego powodu została wpisana do księgi rekordów Guinnessa. W pawilonie, w którym można ją oglądać, obowiązuje zakaz fotografowania, którego przestrzegania pilnuje mnich. Jednak z myślą o Czytelniku udało mi się pstryknąć fotkę z ukrycia. Tomek 1 – mnisi 0.


W każdym lamaserium nie brakuje tak zwanych młynków modlitewnych. Wierni kręcą młynkami, a te „odmawiają” za nich modlitwy.


Inne religie powinny brać przykład z buddyzmu lamajskiego, jeżeli chcą odzyskać wiernych w dzisiejszym, ekspresowym świecie. Tora-express, autoróżaniec, koran instant – możliwości jest wiele.

Czytelnikom zainteresowanym tematyką buddyzmu tybetańskiego polecam tę stronę, gdzie można dowiedzieć się paru rzeczy o lamach. Stay tuned!

04:56, ximinez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 lutego 2007
Tianjin

Niniejszy wpis rozpoczyna serię wpisów turystycznych, w których głównymi atrakcjami, w miejsce moich lubianych przez wszystkie pokolenia, ciętych i arcybłyskotliwych komentarzy, będą zdjęcia. Dlaczego? – zapytać może Czytelnik. Powód jest prosty: od przylotu rodziców, tj. 03.02, do przedwczoraj zrobiłem 981 zdjęć i muszę się nimi pochwalić. No, skoro już to sobie wyjaśniliśmy, możemy przejść do prezentacji. Będzie ona przebiegała w następujący sposób: ja będę zdjęcia pokazywał, a Czytelnik będzie nimi zachwycony. Zrozumieli? To jedziemy – na pierwszy ogień wycieczka do Tianjinu.

Tianjin to circa 10 milionowe miasto portowe oddalone o nieco ponad 100km od Pekinu i 60 km od morza (co było niemałym zaskoczeniem, bo zabraliśmy olejki do opalania i kostiumy kąpielowe). Pociągi łączące Pekin z Tianjinem kursują mniej więcej co pół godziny, jadą około godziny, są nawet tanie i wygodne. Przy kupowaniu biletów o poranku pani z okienka zapytała mnie, czy chcę bilety na dworzec Tianjin-Północ czy do Tianjinu. Jasne, że do Tianjinu – odparłem rezolutnie, a kasjerka była tak zawstydzona swoim głupim pytaniem, że dała mi bilety za darmo i oddała wszystkie pieniądze, które miała w kasie.

Podróż przebiegała pod honorowym patronatem Morfeusza i w towarzystwie raczej mało rozmownych Chińczyków. Minęliśmy dworzec Tianjin-Północ i przygotowani byliśmy na spotkanie z dworcem głównym i odetchnięcie morską bryzą. Niestety, pociąg zatrzymał się dopiero na dworcu Tianjin Tymczasowy (天津临时客站), oddalonym o kawałek drogi od centrum. Ponieważ nikt nie znał miasta, daliśmy się podwieźć mikrobusem, czy raczej pojazdem, który ma z rzeczonym mikrobusem wspólny jedynie przedrostek mikro-.


Trzeszczał, skrzeczał, a kierowca wtórował mu głośnymi przekleństwami. W końcu jednak dotarliśmy do celu, a była nim Ulica Dawnej Kultury (古文化街), czyli niewielki, odrestaurowany i nieco komercyjny fragment dawnego Tianjinu.








Częścią tego obszaru jest świątynia Tian Hou (天后) – Niebiańskiej Cesarzowej, szczególnie bliskiej sercu każdego żeglarza, dla których jest bóstwem opiekuńczym.










Po spacerze Ulicą Dawnej Kultury udaliśmy się do centrum, podziwiać zabytkową architekturę z czasów kolonialnych. Gdyby nie wszędobylskie napisy po chińsku, można poczuć się tam jak w europejskim mieście. Syfiastym, ale zawsze. O, na przykład na Nowym Świecie ;)








Po spacerze wróciliśmy bez większych komplikacji do Pekinu i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Na koniec wpisu zagadka: do poniższego napisu wkradł się chochlik. Należy zidentyfikować ten niewielki błąd.


Prawidłowe odpowiedzi proszę przesyłać na adres redakcji:

ul. Żwirki i Wigury 80, 87-100 Toruń, Polska, z dopiskiem „WIWAT LIBERALIZM EKONOMICZNY”

Wśród uczestników zostaną rozlosowane atrakcyjne nagrody: lodówko-zamrażarka i wanna z hydromasażem.

05:41, ximinez
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 lutego 2007
No i pojechała
A ja już chcę, żeby wróciła...

:(
06:24, ximinez
Link Komentarze (1) »
Karnawał w pełni

Obchody chińskiego nowego roku trwają w najlepsze, więc w środę postanowiliśmy z Natalią uczcić fakt, że czujemy się już lepiej przez wybranie się na chiński, przyświątynny festyn (庙会) w pekińskim parku Ditan (地坛公园).

O dziwo, wpadliśmy tam w niezły tłum (bo kto by się go spodziewał w takiej wiosce jak Pekin), który dał się sfotografować na poniższych zdjęciach:




Na okazję obchodów nowego roku park był w bardzo przyjemny sposób udekorowany. W połączeniu z gęstą tego dnia mgłą dawało to ciekawy efekt:




Na festynie panowała iście odpustowa atmosfera – można było kupić tony nikomu niepotrzebnego syfu, za który, podobnie jak za jedzenie, trzeba było kilka razy przepłacić. Oprócz jedzenia i czczenia złotego cielca komerchy Chińczycy oddawali się różnym zabawom, między innymi odmianą skakanki, w której unikać trzeba bambusowych tyczek przesuwanych przez ubrane w tradycyjne stroje (chyba mniejszości jakiejś) kobiety.





    Niestety, spotkał mnie na festynie jeden poważny zawód...

W każdym amerykańskim filmie, jeżeli pokazany jest pościg i ścigają się w okolicach Chinatown, to ulicami zawsze, ale ZAWSZE, idzie parada noworoczna, z muzyką i tańcem smoków (?). Powinno to wyglądać tak:


Niestety, na tym festynie nie uświadczyliśmy czegoś podobnego. Były inne pokazy: wyginanie metalu grdyką, tańce z bębnami, wachlarzami, mini-parady z dziećmi ubranymi w tradycyjne chińskie stroje, ale ani pół smoka.






Mimo braku parady zaliczam wypad do bardzo udanych, bo choć nie poznałem takich Chin, jakie wyobrażałem sobie przed przyjazdem tutaj, poznałem je takie, jakimi naprawdę są. Jest to, tak na marginesie, dominująca w ostatnich miesiącach tendencja.

Wspomnę jeszcze, że dzisiaj Natalia wraca do Francji, więc jak tylko uporam się z przygnębieniem, wpisy powinny pojawiać się na blogu z większą niż dotychczas regularnością. Stay tuned!

02:31, ximinez
Link Komentarze (4) »
niedziela, 18 lutego 2007
新年快乐

Dzisiaj, oto, jest pierwszy dzień chińskiego nowego roku, roku ognistej świni. Z tej okazji chciałbym w imieniu swoim i mojej najdroższej Natalii złożyć wszystkim czytelnikom bloga, a w szczególności tym, którzy uważają się za ogniste świnie, życzenia pomyślności na cały rok.

Obchody nowego roku trwają w Chinach ponad tydzień i składają się na nie przeróżne zwyczaje. Chyba najbardziej znanym jest puszczanie fajerwerków, których huk ma odstraszyć złe duchy. Już od paru dni dało się słyszeć w mieście próbne wystrzały, a wczoraj, tj. 17.02, było ich coraz więcej. Od godziny 20 stopniowo narastały, a punkt kulminacyjny nastąpił około północy, kiedy to noc stała się jasna niemal jak dzień. Strzelano wszędzie i chyba wszystkim (brat-piroman stwierdził, że tutejsze sztuczne ognie różnią się od naszych mocą i muszą być robione na silniejszych materiałach). Niestety, mogłem je sfotografować tylko z okna, o powodach później. Najpierw zdjęcia:






Nie byłbym sobą, gdybym nie ponarzekał. Uczciliśmy z Natalią nadejście nowego roku z przytupem – ona wysoką gorączką i nudnościami, prawdopodobnie odmianą grypy żołądkowej (grippe a la estomac ;) ), a ja infekcją paciorkowcową, czyli popularnie różą (丹毒) i wizytą na ostrym dyżurze chińskiego szpitala. Pierwsza dolegliwość została przywleczona z Francji, a druga to nawrót (po raz pierwszy zdarzyła się w równie fortunnym momencie, kilka lat temu – w trakcie matur). Natalię leczymy dietą i lekami objawowymi (już czuje się dużo lepiej i nie ma gorączki), a ja dostałem chińskie antybiotyki (抗生素)... w formie kroplówki. Przez trzy dni, dwa razy dziennie, muszę chodzić do pobliskiej przychodni i prosić o podanie mi kroplówki z lekiem. Cóż, przynajmniej skończę Grzesiuka czytać.

Sama wizyta w szpitalu okazała się mniejszym koszmarem niż przypuszczałem. Co prawda rozumiałem w najlepszym wypadku połowę z tego, co do mnie mówiono, ale lekarze i pielęgniarki starali się być mili, pomimo pracy w sylwestra i tradycyjnego dużego przerobu związanego z beztroską zabawą fajerwerkami mieszkańców Pekinu. Z każdego kąta w szpitalu wieje komuną i gdyby nie napisy po chińsku czułbym się jak na Solcu, albo na Bródnie. Nie mogę narzekać na kolejki, bo załatwiono mnie niemal bez czekania (oprócz dwóch testów, których nie dało się przyspieszyć). Jedynym minusem była cena leków, ale na tę spuszczę zasłonę milczenia. Przyjmijcie moją radę – nie kalkuluje się chorować w Chinach.

Jeżeli jutro poczujemy się lepiej, to pewnie znajdzie się tu sporo zdjęć z trwających obchodów Nowego Roku, a póki co szanowny Czytelnik musi zadowolić się obietnicą.

Na koniec wytłumaczę się krótko z zaniedbywania bloga przez ostatnie dwa tygodnie. Otóż 3.02 przyjechała w odwiedziny moja rodzina, a 11.02 Natalia. Obiecuję, jednak, że już niedługo pojawią się tu zdjęcia i opisy miejsc, które widzieliśmy, między innymi Wielkiego Muru, Zakazanego Miasta, Świątyni Nieba i mostu Marco Polo. Stay tuned!

SPROSTOWANIE: Mój Kotek przeczytał wpis, dlatego parę rzeczy chciałbym wyjaśnić. Że choroba jest z Francji, nie znaczy, że jest „francuska”, jasne? ;) „Grippe a la estomac” to moja radosna twórczość – za słabo mówię po francusku, żeby wiedzieć jak to prawidłowo powinno być.

Na koniec wspomnę, że czuję się jak w Wietnamie z tymi wszystkimi fajerwerkami. Uważam je za niebezpieczne i staram się ich unikać, dlatego po zmroku muszę uważać na każdym kroku, żeby nie wejść w linię strzału jakiegoś trigger-happy Chińczyka. Stąd skojarzenie z Wietnamem – ja, biały, przemykam się boczkiem w obawie o swoje życie, a Azjaci do mnie strzelają.

08:08, ximinez
Link Komentarze (9) »
środa, 31 stycznia 2007
Okno na podwórze

Tak się czasem w życiu dzieje, że coś się znienacka pierdoli. Otóż mam takie zboczenie, że lubię sobie rano włączyć ogrzewanie, żeby podnieść temperaturę w pokoju, która przez noc zdążyła spaść do 17°. Dziwactwo, wiem, ale taki już jestem. Tak było też dzisiaj. Sięgnąłem po pilota do klimatyzacji, ustawiłem grzanie, moc na maxa i poszedłem do łazienki. Kiedy wróciłem do pokoju i usiadłem na kanapie, żeby zastanowić się co skołować na śniadanie, zauważyłem, że coś jest nie tak. Szybka kontrola otoczenia – niby wszystko w porządku, ale... Olśnienie przyszło nagle – zimno tu jakoś. Popatrzyłem na klimę. Wyłączona. I to na amen, bo wywaliło korki. Zdarza się, myślę sobie, otwieram skrzynkę, przesuwam małą dzwigienkę z powrotem na ON i ponownie włączam grzanie. Cichy trzask i znowu wywaliło. Dobra, od czegoś w domu mam śrubokręt. Drapię się do klimatyzacji, zdejmuję obudowę, wykręcam klapkę i rzucam fachowym okiem na plątaninę kabli wewnątrz urządzenia. Natychmiast rozpoznaję problem: nie znam się na elektryce. Mężczyźni chyba mają to w genach i nieważne czy chodzi o samochód czy o cokolwiek innego. Jak tylko pojawi się problem, musimy spojrzeć pod maskę/obudowę i na własne oczy przekonać się, że nie mamy bladego pojęcia jak to wszystko działa. Nic to, myślę, jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogę zwalić problem na kogoś innego.

Wchodzi WŁAŚCICIEL mieszkania.

TOMEK: O, Właścicielu Mieszkania, oto klimatyzator wziął i zepsuł się niecnie.

WŁAŚCICIEL: A w czymże problem?

TOMEK: Jak tylko go włączę to... Och, cóż za potwarz, cóż za upokorzenie – nie wiem ja, jak wyrazić to, o co mi chodzi. Kiedy włączam to to (wskazuje na korki) robi to (wykonuje ruch ręką w dół).

WŁAŚCICIEL: Korki wywala, rzec można.

TOMEK: Zaiste.

Tak sobie wesoło gaworzyliśmy i rozwodziliśmy się nad problemem, aż i on uznał, że się nie zna i zadzwoniliśmy po fachowca. W międzyczasie korki przestało wywalać i klima po prostu nie grzała, choć inne funkcje zachowała. Musiało spalić jakąś grzałkę, pomyślałem.

Wchodzi SPEC.

SPEC: Jakiż, och jakiż powód jest mego nagłego tu wezwania.

WŁAŚCICIEL (wskazując na klimatyzator): Zepsuty!

SPEC: I gdzież sprawiedliwość jest na tym świecie, który pozwala, aby tak dorodny klimatyzator firmy Mitsubishi został w kwiecie wieku strącony w otchłań wadliwości? O, Opatrzności, dlaczegoś nie czuwała przy tym bezbronnym urządzeniu i w porę nie uchroniła go od usterki? Czymże zasłużył sobie na takie upokorzenie?

WŁAŚCICIEL: To co robimy?

SPEC: Zara rzuce okiem.

Jednym susem rzuca się do okna.

WŁAŚCICIEL i TOMEK (razem): Cóż robisz, szalony?!

SPEC: Spoko, zobaczę co tam nie gra w głównej części, która jest na zewnątrz.

W ten właśnie sposób zostałem świadkiem rzeczy, która nie przeszłaby w żadnym europejskim kraju – fachura wyszedł przez okno i chodził po 50cm gzymsie bez żadnych zabezpieczeń (mieszkam na 11-stym piętrze), żeby naprawić mi klimę. Co prawda nie udało się, a ja dowiedziałem się jak jest po chińsku „kompresor” i że wymaga wymiany. Na dowód, zdjęcie:


Wieczorem przyszedł jeszcze jeden i stanęło na tym, że jutro przyjdzie ten drugi i naprawi całość bez konieczności wymiany kompresora. Póki co dostałem grzejniczek elektryczny, dzięki któremu nie zamarznę w nocy.

Jeżeli przez najbliższe parę dni nic nie napiszę, może oznaczać to, że zmarłem z wychłodzenia organizmu i należy powiadomić rodzinę i moją najdroższą Natalię.

Trzymajcie rękę na pulsie!

UPDATE: Nadal żyję. Dzisiaj przyszli fachowcy i stwierdzili, że to jednak jest wina kompresora. Dla zainteresowanych (kogo ja oszukuję): 压缩机.

16:08, ximinez
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 29 stycznia 2007
Zburzyć Wersal!

Jak tydzień temu, tak i w ten weekend wybraliśmy się z Łukaszem na zwiedzanie Pekinu. Tym razem padło na Yuanming Yuan (inaczej Dawny Pałac Letni), który został zburzony w wyniku drugiej wojny opiumowej w roku 1860 przez wojska zachodnich mocarstw. Dzisiaj jest to tylko smutna i mizerna pozostałość po ongiś pięknych ogrodach, gdzie cesarz Qianlong kazał wznieść pałace w stylu zachodnim, porównywane przez niektórych z Wersalem.

Dlaczego wojska anglo-francuskie spaliły do szczętu wszystko, co znajdowało się na obszarze ogrodów? Aby ukarać Chińczyków za stawianie się i pokazać im gdzie ich miejsce. Nie należę raczej do ludzi, którzy domagają się wyrównania krzywd wyrządzonych wieki temu (choć uważam, że Ukraina i Litwa to zbuntowane województwa), ale myśl o tak pięknym zakątku zrujnowanym na zawsze przez bezmózgich żołdaków wzbudza we mnie żal i złość. Nic to jednak w porównaniu do uczuć towarzyszącego nam w wycieczce znajomego Chińczyka, który co chwilę powtarzał, jaka to szkoda, że wszystko zniszczono i że chce mu się z tego powodu płakać. Trudno powiedzieć ile z tych uczuć było autentycznych, a ile na pokaz dla „zagranicznych przyjaciół”, ale wpisuje się w rzekomą tendencję Chińczyków do wiecznego rozpamiętywania krzywd sprzed wieków. Europejczykom nie mogą wybaczyć kolonizacji i wykorzystywania Kraju Środka w XIX wieku, a Japończykom okupacji i masakr z lat 1933-1945. Chyba, że robią z nimi interesy – wtedy wszystko idzie w zapomnienie, a nadziany „zagraniczny przyjaciel” witany jest z otwartymi ramionami.

Tu przypomina mi się Orwellowski doublethink (nigdy nie czytałem przekładu, niech mnie kto uświadomi jak to jest po polsku), czyli umiejętność uznawania dwóch sprzecznych światopoglądów, zmieniających się wraz z polityczną koniunkturą. Z jednej strony młodzi Chińczycy pompowani są żalem za pięknymi zabytkami cesarstwa chińskiego, na zawsze zniszczonymi przez zamorskich diabłów, a z drugiej – socjalistyczną propagandą krytykującą stare, feudalne społeczeństwo (kupiłem sobie ostatnio chiński podręcznik do historii). Japończycy odpowiedzialni są za masakry, przekręcają informacje w szkolnych podręcznikach, żeby zrehabilitować swoich zbrodniarzy wojennych.... chyba, że Wen Jiabao pojedzie do Japonii, tudzież przywita japońskiego premiera w Pekinie i podpiszą kolejny kontrakt na miliardy yuanów. Do krytyki wypaczeń partii zachęca nawet ta ostatnia (w ograniczonym, naturalnie, wydaniu), jednak zagadnięty o to Chińczyk zasłoni się wyuczonymi formułkami utwardzanymi partyjnym betonem, lub szybko zmieni temat i zacznie opowiadać o „szybkim rozwoju ekonomicznym”. Po jednym semestrze na chińskiej uczelni potrafię odmienić „rozwój ekonomiczny” (经济发展) przez wszystkie przypadki, a przynajmniej mógłbym, gdyby w języku chińskim cokolwiek się przez cokolwiek odmieniało. Niektórzy Chińczycy mogą na jednym tchu powiedzieć, że nie interesują się polityką (żeby uniknąć odpowiedzi na kłopotliwe pytania) i powiedzieć, że rozwój i sprawy kraju leżą im bardzo na sercu (żeby wyjść na dobrych obywateli). Sami nie widzą w swoich słowach żadnych sprzeczności. Ciekawe, czy do lipca uda mi się przeprowadzić z Chińczykiem choć jedną szczerą rozmowę o polityce lub na inny politycznie niepoprawny temat.

Trochę przygnębiająco wyszło, więc na poprawę humoru przedstawiam parę zdjęć z wycieczki do Yuanming Yuan. Nic specjalnego – nie dość, że to tylko ruiny, to jeszcze zima, ale rzesze fanów zaspokoi to, mam nadzieję, chociaż na chwilę.

Tu jeden z niewielu odrestaurowanych budynków:


Tradycyjny, chiński mostek z walcowanej stali + tradycyjny Chińczyk:


Ruiny pałacu w stylu europejskim:


Odbudowany z betonu labirynt:




Pałac przed...


...i po:


I na koniec najbardziej chyba znane ruiny na obszarze Yuanming Yuan:


Wpis sponsorowany jest przez szybki serwer proxy, dzięki któremu mam jako taki dostęp do blox.pl.

Big Brother is watching you!

07:59, ximinez
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 22 stycznia 2007
Yihe Yuan
Internet nadal działa fatalnie, więc wpis ograniczę do minimum.

Wybrałem się wczoraj, wraz ze znanym skądinąd kolegą Łukaszem, na wycieczkę do Pałacu Letniego (Yihe Yuan). Zaowocowała ona dwoma rzeczami: chorobą (mam nadzieję, że to tylko przeziębienie) oraz ponad 200 zdjęciami. Załadowanie ich tutaj byłoby zajęciem na najbliższy miesiąc, więc podaję tylko linka do galerii z wybranymi fotografiami na serwisie flickr.com:

http://www.flickr.com/photos/37892707@N00/sets/72157594469138406/

Endżoj, a ja w tym czasie wracam pod kołdrę.
13:38, ximinez
Link Komentarze (3) »
piątek, 19 stycznia 2007
Bachelor pad

Stali czytelnicy bloga pamiętają zapewne wydarzenia z przełomu sierpnia i września, związanych z poszukiwaniem mieszkania i wynikłymi z tego problemami, dlatego potrafią sobie wyobrazić moją niesłychaną radość, kiedy w końcu odebrałem klucze do mojego nowego lokum. Po bezskutecznych próbach dogadania się z kolejnymi potencjalnymi współlokatorami, którym nie odpowiadał albo termin, albo sypialnia, albo łazienka, albo niewiadomoco, postanowiłem wynająć mieszkanie jednoosobowe. Płacę nieco więcej, niż w przypadku dzielenia lokalu z kimś, ale taka widocznie jest cena świętego spokoju.

Mieszkam niedaleko mojego uniwersytetu (dla bardziej obeznanych w Pekinie: w 小西天, dwa kroki na północ od stacji metra 积水潭), w miarę nowym budynku, w którym pomieszkuje również wielu studentów BNU. Do dyspozycji mam jedną sypialnię z aneksem kuchennym i łazienką, ale właśnie tyle mi potrzeba do życia. Nie napiszę ile płacę za miesiąc, bo Bartek z Wuhanu spadnie z krzesła ze śmiechu...

Poniżej dwa zdjęcia mojego gniazdka:

DSC00547

DSC00553

Na marginesie nadmienię, że niepozmywane naczynia w zlewie nie są tu stałym widokiem, zaraz się zbiorę i zrobię z nimi porządek ;)

Na koniec smutna wiadomość – jeszcze do końca miesiąca moje wpisy będą raczej mniej, niż bardziej regularne. O powodzie można przeczytać tutaj.

06:46, ximinez
Link Komentarze (9) »
wtorek, 16 stycznia 2007
Pewne rzeczy się nie zmieniają

Muszę coś wyznać. To nie jest mój pierwszy raz w Pekinie, byłem tu już w roku 1995, cielęciem jeszcze będąc. Przez 11 lat Pekin zmienił się niemal nie do poznania. Wszędzie, jak grzyby po deszczu, wyrosły drapacze chmur, autostrady, nowe obwodnice i zachodnie sklepy. Jednakże niektóre miejsca pozostały takie, jak je zapamiętałem. Choć hol ambasady RP wydawał się wtedy duuużo większy, to jednak od razu poczułem się znajomo, kiedy zawitałem tam w sierpniu tego roku. Sklep Friendship w okolicy ambasady był otoczony rozwalającymi się budami, a teraz jest tam Starbucks i kilka innych odstawionych lokali. Będąc ostatnio w ambasadzie stwierdziłem, że mam zbyt dużo czasu i pozwoliłem sobie na spacerek po okolicy. Nogi poniosły mnie do znajomego parku Ritan Gongyuan, z którego zdjęcia przedstawiałem w poprzednich postach. Pamiętałem, że w jednym rogu parku było tycie wesołe miasteczko, z samochodzikami w kształtach zwierząt, które ujeżdżaliśmy z bratem i jeszcze jednym chłopakiem z Polski całymi godzinami. Częstokroć byliśmy tam zupełnie sami i wtedy zabawa była najlepsza. Zastanawiałem się, czy wesołe miasteczko nadal tam jest, a jeżeli tak, to jak bardzo się zmieniło i unowocześniło. Odpowiedź brzmi: w ogóle. Zatem, ze specjalną dedykacją dla mojego brackiego, przedstawiam wesołe miasteczko w parku Ritan, przy polskiej ambasadzie.

Chiny00340

Chiny00341

Aż się łezka w oku kręci :)

Jako bonus pod publiczkę, dorzucam kilka zdjęć z cyklu „Jakie te Chiny niezwykłe”:

Ściana w Ritan Gongyuan

Chiny00377

Chiny00365

Chiny00350

Chiny00342

Jourl łełrkam.

06:52, ximinez
Link Komentarze (3) »