Rzecz o Chinach, Chińczykach, chińszczyźnie i pewnym sinologu.
web stats stat24.com
RSS
poniedziałek, 23 października 2006
Ogłoszenie parafialne

Pekińska rozdzielnia gazu zawiadamia o przerwie w dostawie bloga w dniach 24.10 - 04.11. W międzyczasie zaleca się korzystanie z innych źródeł energii, dostarczanych między innymi przez Gaz de France , gdzie może pojawią się wpisy poniekąd dotyczące pewnego sinologa. Osoby odpowiedzialne za przerwę w dostawie zostaną dyscyplinarnie ukarane naganą z wpisaniem do akt.

Rozdzielnia zastrzega sobie prawo do wznowienia dostaw bez ostrzeżenia przed 04.11. 

20:12, ximinez
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 października 2006
Jeszcze Polska nie zginęła...

    ...ale jest na dobrej drodze.

    Przez ostatnie parę dni znowu oglądam Wiadomości, a w głowie powstaje mi takie pytanie: Anglia czy Szwecja? W Anglii znam język przynajmniej, kurs funta dobry, klimat nie taki najgorszy jeszcze, ale w Szwecji bezpieczniej i spokojniej. Tyle, że język trudny. Ale co robić, jak człowiek chce normalnie żyć, to trzeba zacisnąć zęby i wziąć się do roboty.

    Bo w Polsce nie mogę, nieważne jak mocno te zęby zaciskam. Bo na każdym kroku spotyka się człowiek z chamstwem, bezmyślnością i obłudą. U nas politycy nie mają ważniejszych rzeczy do roboty, tylko wyciąganie na siebie teczek i wyścig do koryta, albo walka o utrzymanie się przy nim. A w Szwecji dwie panie minister poleciały za niepłacenie abonamentu radiowo-telewizyjnego. I jeszcze przeprosiły! A nasza rodzime kartofle z Samoobrony? W dupie, za przeproszeniem, mają to, co o nich opinia publiczna pomyśli, bo wiedzą, że i tak jest na tyle głupia, że na nich te 15% zagłosuje. I co ja mogę? Partię założyć? Trzebaby się zacząć z nimi w tym gównie taplać. Na wybory nie iść? I tak ćwoki powybierają sobie Kaczuchy, albo inne LPRy, bo usłyszą, że mieszkanie za darmo dostaną. Nadal czekają na sto milionów od Wałęsy, a jeszcze nie nauczyli się co to takiego "kiełbasa wyborcza".

    A jak mnie politycy nie przyprawią o zawał, to może mnie potrącić pijany kierowca, których w naszym zaścianku łapie się codziennie ponad 500. Łapie się! A to oznacza, że jeździ ich bezkarnie conajmniej drugie tyle! I porównajmy to na przykład do Irlandii, gdzie na drogach ginie co roku 50 osób. U nas to jest dobry wynik w długi weekend. I co z tego, że jeżdżę bezpiecznie, zapinam pasy i nigdy po alkoholu, skoro życie moje i moich bliskich może skończyć się w sekundę tylko dlatego, że jakiemuś zawszonemu drecholowi brak wyobraźni. A kara? Więzienia są przepełnione, bo czego jak czego, ale bandytów mamy pod dostatkiem, więc dostanie takie zwierzę trzy lata w zawiasach, linijką po łapkach i do domu, płodzić kolejne pokolenie odmóżdżonych troglodytów, bo becikowe czeka, następny proszę.

    A jak nie daj Boże przeżyję? To mogę trafić pod nóż pijanego lekarza, albo takiego, który na oczy nie będzie widział, bo na trzech posadach robi, żeby koniec z końcem powiązać.

    I znowu Wiadomości i znowu skatowane dzieci, zwyrodniali rodzice, których dla dobra ludzkości powinno się kastrować, a nie resocjalizować. Społeczeństwo się uczy? Gdzie tam! Z roku na rok coraz więcej zabójstw dzieci. Bo po przepiciu becikowego już są niepotrzebne, a przyda się miejsce na następne, które bocian przyniesie razem z 1000 złotych.

     "Wszystko to bo naród biedny i pieniędzy nie ma". A na wódzię i 126p, żeby po piciu się przejechać, to się znajdzie, co? W urzędach pracy miesiącami wiszą ogłoszenia i nikt się nimi nie zainteresuje. Bo za trzy lata wybiorą tych, którzy najwięcej obiecają za darmo i znowu będzie raj na Ziemi. Praca? To dla idiotów przecież jest.

    A ja chcę mieszkać w kraju, w którym nie trzeba zamykać samochodu (podobno ostatnio w Szwecji już zaczęli - za dużo imigrantów z Polski przyjechało), w którym nie boję się wyjść na ulicę, w którym lekarz i urzędnik potraktują mnie serio i z troską, a nie jak upierdliwą muchę, która przeszkadza w piciu kawki, w którym współobywatele nie szukają tylko okazji jak by mnie tu upierdolić. Bo wbrew obiegowej opinii nie odczuwam, żeby w Polsce było lepiej, wręcz przeciwnie - z roku na rok coraz gorzej. I nie chodzi mi o standard życia w sensie ekonomicznym, ale o to, o czym Kazik śpiewał "ohyda i zdziczenie gdzie się tylko obrócę". Później i wkrótce. 

05:58, ximinez
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 16 października 2006
Akademikowy hajlajf

Sobota, godzina 22:00. W każdym akademiku na świecie ktoś pije, ktoś się całuje, ktoś wymiotuje w łazience. I mój akademik nie jest pod tym względem wyjątkiem. W czasie weekendów (choć w tygodniu to też nie wyjątek) wieczorek towarzyski rozpoczyna się w lobby wczesnym popołudniem. Najczęściej spotykane okazy to Kanadyjczyk John i Japończyk Miwa. Pierwszy z nich, będąc białym, ma naturalnie większą odporność na alkohol niż drugi. Ale piją równo, bo takie już z nich papużki nierozłączki. Efekt jest taki, że John jakoś się trzyma na nogach a Miwa regularnie śpi pijaniutki na kanapie lub fotelu. Czasami jeden albo drugi ma awarię, czego efekty widać na podłodze toalety lub korytarza. Ale co to dla takich mocnych zawodników jak oni. Po krótkiej przerwie technicznej wracają na boisko pełni sił i gotowi do walki o tytuł największych opojów Beijing Shifan Daxue. Kiedy podczas tygodniowych wakacji John gdzieś zniknął, to Miwa z żalu spowodowanego rozłąką z ukochanym upijał się od rana do nocy. Poniższe zdjęcie zostało zrobione w niedzielę około 16:00:


Większość stałych bywalców lobby to Japończycy, choć nie stanowią większości mieszkańców akademika (ten tytuł przypada Koreańczykom). Bawią się czasem do bardzo późna. Do której – nie sprawdziłem, zwykle senność morzy mnie pierwszego. Poniżej zamieszczam wynik pionierskiego projektu o kryptonimie „uwaga, wrzucam filmik”. Film został nakręcony około 23:00 w zeszłą sobotę. Endżoj:

A tu jeszcze jedno zdjęcie:

Dużo słyszałem o życiu w akademiku, o dzikich imprezach i niesamowitym klimacie. Ja mam po 6 tygodniach dość...

16:54, ximinez
Link Komentarze (14) »
sobota, 14 października 2006
25制服

Miałem pisać dziś o burdelach, ale niejaki Bartek mnie ubiegł. Poczekam, przyczaję się, a jak sprawa przyschnie to napiszę i nie zostanę posądzony od podbieranie pomysłów. O, takim sprytny!

28.09.06, wczesne popołudnie, za mną doba podróży, przede mną jeszcze formalności, pytania, odpowiedzi i nieuchronny szok kulturowy. Wchodzę do akademika i przechodzę obok umundurowanego policjanta. Zaraz, zaraz – policjanta? Umundurowanego? W AKADEMIKU? Gdzie ja trafiłem? Wypełniając papierki w recepcji rzucam w jego stronę kilka ukradkowych spojrzeń. Na oko 17 lat, więc nie policjant; mundur też jakby nie ten. Więc kto? Co robi przy wejściu do akademika dla obcokrajowców, kiedy powinien w najlepszym wypadku pilnować grobu w czasie chińskiego odpowiednika Bożego Ciała, gdyby takie mieli? Przedstawiam szanownemu Czytelnikowi chińskiego ochroniarza.

„Za mundurem Chiny sznurem”, rzecze poeta i nie myli się ani trochę. Mieszkańcy Państwa Środka uwielbiają wszelkiej maści mundury i ustalone „dress codes”. I nie ważne czy chodzi o pracownika biurowego czy ciecia, który zmienia żarówki albo przetyka kibel – ubiór musi być. Sprzątaczki w akademikach mają swoje uniformy – niebieskie są z Liyuna, oliwkowozielone z drugiego, nie daj Boże, żeby się pomieszały i pozmywały nie swój kawałek podłogi. Nawet wycieczki, które przyjeżdżają do Pekinu z prowincji, złożone przecież z przypadkowych osób, zostają zaopatrzone w jednakowe koszulki i czapeczki, zwykle w jaskrawych i przykrych dla oka kolorach. I nikt nie narzeka, nikt się nie wybija, wszyscy grzecznie zakładają uniformik i jednocześnie stają się częścią jakiejś większej całości, tracą osobowość i na parę godzin są po prostu fuwuyuanem(ką), którego twarzy człowiek nie stara się nawet zapamiętać, bo wszystko przesłania strój – symbol funkcji.

Ale zrobiło się poważnie, a miało nie być. Najciekawszym elementem tego zjawiska są wszędobylscy ochroniarze. Każda instytucja, która większa jest od warzywniaka, a niższa rangą od budynków rządowych, ma umundurowaną obsługę i ochronę. Akademiki na uczelni mają swoją ochronę, złożoną głównie z 17-19-letnich, postawnych niczym pająki młodzieńców i równie morderczych rówieśniczek. Wznoszący się na terenie kampusu wieżowiec hotelowo-biurowy Jingshi Dasha ma swoją własną ochronę, nieco już postawniejszą i starszą. Znudzeni strażnicy noszą na pagonach oznaczenia rangi, a co parę godzin następuje zmiana warty w klasycznym stylu, łącznie z maszerowaniem w szeregu i stukaniem obcasami o bruk. Wszystko fajnie, tylko po co?

Nie wyobrażam sobie, aby uzbrojony jedynie w słowo ochroniarz był w stanie zatrzymać kogokolwiek na wejściu do akademika. Początkowo nawet ktoś zwracał na nich uwagę, a goście zostawiali u nich paszporty. Obecnie są powszechnie olewani, a jednak nadal stoją tam po 8 godzin, nie robiąc absolutnie nic. Nie przekonuje nawet ich funkcja reprezentacyjna, bo zamiast wyglądać dumnie, poważnie, groźnie lub dystyngowanie, na ogół są śmieszni. Niektórzy, dla zabicia czasu, rozmawiają ze studentami, piszą smsy, pomagają odrabiać prace domowe, ale wszystko to, jeżeli nikt postronny nie patrzy. Bo ze stanowiska oficjalnie zejść nie mogą.

Skąd bierze się to uwielbienie dla mundurów, w których zatraca się indywidualizm i wtapia w szarą, lub oliwkowozieloną masę, stając się powolnym narzędziem, rdzewiejącym jednak gdzieś w kącie i stanowiącym de facto pośmiewisko otoczenia? Czy to chęć pokazania swojej wartości, demonstracja siły? Wyraz niepewności i strachu przed indywidualizmem, który szczególnie w Chinach trudno rozwinąć? A może po prostu uwielbienie dla formalizacji i porządku?

A skąd ja mam wiedzieć? Ja prowadzę bloga, a nie badania socjologiczne. A czasami zdjęcia sobie też robię z ochroniarzami.

 

Czuję się lepiej mając świadomość, że ten generalissimus chroni moje życie i dobytek przed straszliwymi siłami czyhającymi za progiem. Na zdjęciu wyszedłem jakbym przed momentem bił się z kimś po pijaku. Zdjęcie robił Jamil, więc uznam, że złośliwie tak mnie uchwycił ;)

 

Niech nie zmyli drogiego Czytelnika młody wiek tej funkcjonariuszki. To była członkini Zielonych Beretów, gotowa w każdej chwili obezwładnić potencjalnego napastnika swoim różowym telefonem komórkowym z przyczepionym do niego misiem. Drżyjcie złoczyńcy!

Na koniec zagadka: pierwsza osoba, która udzieli poprawnej odpowiedzi na poniższe pytanie dostanie coś fajnego. Pytanie brzmi: Skąd w tytule postu 25?

I jeszcze historyjka. Zagaił do mnie ostatnio mój współlokator i zapytał kiedy jadę do Polski. Dwudziestego pierwszego, odpowiedziałem. A kiedy wracasz? – spytał. Czwartego listopada. Podumał chwilę, porachował i rzekł: to całe dwa tygodnie. Potwierdziłem, a on cmoknął w zadumie i powiedział po chińsku: nie wiem jak ja to wytrzymam, po czym dodał po angielsku: I like sleeping with you. Prawie udławiłem się syczuańskim przysmakiem, który akurat konsumowałem. Chodziło mu o to, że nie lubi mieszkać samemu, ale na wszelki wypadek będę spał w spodniach ;) Swoją drogą ciekawe, czy ja popełniam podobne błędy po chińsku. I darujcie sobie uszczypliwe komentarze...

19:17, ximinez
Link Komentarze (28) »
czwartek, 12 października 2006
[']

Dzisiaj o 15.10, po długiej i wyczerpującej walce o życie, urzędowa przyjaźń polsko-chińska zmarła w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. Uroczyste pożegnanie odbędzie się w piątek wieczorem, najprawdopodobniej w International Beer Garden w pekińskim Wudaokou. Rządy wielu krajów świata przesyłają depesze z kondolencjami dla pogrążonej w żałobie rodziny i przyjaciół.

Tomasz K. został uznany współwinnym śmierci UPPCh, gdyż pochopnie ucieszył się ze sposobu załatwienia sprawy. Skazany został przez sąd na 10 miesięcy pobytu w Chinach i 400 yuanów grzywny. Częściową winą obarcza się również chińskich urzędników, gdyż nie dopatrzyli obowiązków podczas wydawania pieniędzy. Pedofilska społeczność „Zapisków...” jest nadal rozpracowywana przez policyjną grupę śledczą o kryptonimie „trzecia ce”. Pierwsze zatrzymania, na warszawskich Bielanach, przewidziano na początek przyszłego tygodnia.

***

Z tym wyrokiem to trochę przesada, nie czuję, że te 10 miesięcy będzie mordęgą – nawet powoli zaczyna mi się tu podobać. Powoli.

[EDIT] I jeszcze mi siłownię zamknęli z powodu remontu na dwa dni! Noszszsz... Plusem jest to, że zrozumiałem po chińsku "nie można tam iść, wygładzają ściany". Przy okazji mogliby sprzęt wymienić, ale nie będę wymagał wszystkiego na raz.

Jako ciekawostkę powiem jeszcze, że mój współlokator jest pod wielkim wrażeniem mojego angielskiego. Cóż, raczej nie mam z tym językiem problemów, ale arcymistrzem bym się nie nazwał. Dał mi dziś do rozwiązania jakiś test, bardzo popularny w Korei (coś jak FCE w Polsce). Kiedy rozwiązałem go na 98% (jedna informacja mi uciekła przez nieuwagę ;) ), on zrobił oczy jak pięć yuanów i rozpoczął parominutową sekwencję smokania i kiwania głową z podziwem. Mam kolejnego fana :) 

12:31, ximinez
Link Komentarze (4) »
środa, 11 października 2006
Tragedia w Pekinie

Wczoraj, we wczesnych godzinach popołudniowych czasu pekińskiego, Urzędnicza Przyjaźń Polsko-Chińska została wielokrotnie postrzelona przez dotychczas nieznanego sprawcę. Karetka zabrała UPPCh do jednego z pekińskich szpitali, w którym zespół lekarzy walczy o jej życie, choć nie daje jej dużych szans.

- Walczymy o jej życie, choć nie dajemy jej dużych szans – powiedział redakcji ordynator oddziału bałaganu administracyjnego. – W tej chwili UPPCh jest w śpiączce, ale w każdej chwili spodziewamy się pogorszenia stanu.

Do zajścia doszło we wtorek w jednym z akademików Beijing Normal University. W pewnej chwili, w spokojnym na ogół budynku rozległy się strzały. Wezwana przez postronnych Koreańczyków policja znalazła ciężko ranną UPPCh w pokoju, w którym zatrzymuje się znany Warszawski gangster Tomasz K. pseudonim „Lewar”, prowadzący pod pseudonimem „ximinez” pedofilski blog pt. „Zapiski na pałeczkach”. UPPCh została natychmiast przetransportowana śmigłowcem do Szpitala im. Niepokornego Zarządcy, a Tomasz K. został zatrzymany przez policję do dalszych wyjaśnień.

- Nie wiemy jeszcze czy zostanie mu postawiony zarzut usiłowania zabójstwa, lub zabójstwa, jeżeli UPPCh umrze w wyniku odniesionych ran – o tym zadecyduje prokurator. My po prostu staramy się zbierać informacje, które przekazujemy zwierzchnikom, albo temu, kto da więcej – powiedział redakcji nadkomisarz Albreht van der Kooltze, rodowity mieszkaniec Pekinu.

Z nieoficjalnych źródeł redakcja dowiedziała się, że Tomasz K. po długich i łagodnych namowach zgodził się zeznawać. Według niepotwierdzonych informacji nie przyznaje się do oddania strzałów do UPPCh, choć może jeszcze zostać długo i łagodnie nakłoniony do zmiany tego zeznania. „Lewar” wyjaśnia, że we wtorek, we wczesnych godzinach popołudniowych otrzymał telefon z biura d/s obcokrajowców Beijing Normal University. Urzędniczka poinformowała go, że pieniądze, które zostały mu zwrócone jako niesłusznie pobrana opłata za pozwolenie na pobyt, musi zwrócić w trybie natychmiastowym, gdyż nieprawdą jest, jakoby Polacy dostawali podobne pozwolenia za darmo. Tomasz K. zeznaje, że w tym momencie w słuchawce telefonu rozległy się strzały, a siedząca do tej pory na łóżku i czytająca Prousta UPPCh upadała raniona kulami. Według swoich zeznań, próbował reanimować ranną aż do przybycia policji i zespołu ratunkowego, który jednak najpierw przyjechał do niewłaściwego akademika, potem karetka uderzyła w zaparkowany rower, a następnie lekarz, członek zespołu ratunkowego, zwymiotował w holu, oświadczył zgromadzonym na miejscu studentom, iż „takie banany, to on k***a tak, ale na Malediwach”, przewrócił się, a z kieszeni jego fartucha wypadła butelka wina owocowo-musującego „Anestezja”.

Rzecznik prokuratury okręgowej w Pekinie, Zdzisław Zorro, oświadczył, że wszczęto postępowanie wyjaśniające i postępowanie przed-przed-wstępne, które niechybnie, w przeciągu góra dwóch dekad, doprowadzi do postawienia oskarżonemu zarzutów. Jednocześnie zapowiedział twardą walkę z przeterminowanymi jogurtami, które zagrażają życiu i zdrowiu naszych bliskich, sąsiadów, a także osób, które niespecjalnie lubimy, ale jakoś tak głupio życzyć im źle.

- Ta sprawa jest priorytetem tego rządu i niech opozycja mówi co chce, i tak nie ma jaj, żeby zrobić coś konkretnego – powiedział redakcji.

Prezydent Lei Kaoya złożył wyrazy głębokiego ubolewania z powodu zajścia i zapowiedział, że niedługo kupuje sobie nowy wieszak na haki, bo z tego zaczynają mu już spadać i pękać z hukiem. Według nieoficjalnych źródeł, z powodu przypadkowego trafienia hakiem ucierpiały już co najmniej 72 osoby.

Redakcja będzie na bieżąco informować Czytelników o stanie Urzędniczej Przyjaźni Polsko Chińskiej oraz postępach w śledztwie.

DISCLAIMER: Niniejszym oświadczam, że podczas pisania powyższego nie znajdowałem się pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzających. Zmęczony jestem po siłowni i wkurzony na sytuację, w której się znalazłem i na te 400 yuanów, które już wydałem.

18:29, ximinez
Link Komentarze (5) »
niedziela, 08 października 2006
Małe podsumowanie

Dzisiaj mija równo 32 dni od założenia przeze mnie bloga. Z okazji tej okrągłej rocznicy postanowiłem napisać krótkie podsumowanie działalności.

Przez 32 dni, mój blog znalazł się raz na stronie głównej gazety.pl, i raz na głównej serwisu blox.pl. Przyznam się, że sam bym tego nie zauważył, ale drwiny znajomych, którzy twierdzili, że w ciekawy sposób się lansuję, zwróciły moją uwagę na ten fakt. Czego się nie robi dla popularności – warto było tu i tam posmarować ;)

Od 13.09, do teraz, czyli przez 25 dni, zanotowałem 8625 wejść na stronę, co daje ładną średnią 345 dziennie. Oczywiście najwięcej osób zawitało na stronie w czasie, kiedy był na głównej gazety.pl i bloxa. Niemniej, wynik fajny i bardzo dziękuję wszystkim, którym jeszcze się mój bełkot nie znudził.

Notuję też coraz więcej wejść z innych stron, blogów znajomych, jak i serwisów prowadzonych przez osoby zupełnie mi obce. Serdecznie dziękuję i pozdrawiam.

Interesujący jest również fakt, że notuję wejścia z krajów, których nigdy bym się nie spodziewał. Rozumiem Szwecję, Islandię, Finlandię czy nawet Turcję, ale Katar, Pakistan i Nepal? Robię się międzynarodową gwiazdą.

Coraz więcej osób trafia tutaj dzięki wyszukiwarkom, głównie google. Ciekawe są hasła, po których, czasami w niezbyt jasny sposób, trafili na „Zapiski...”. Poniżej znajduje się kilka najciekawszych:

  • miłość po chińsku – ciekawe czy biedak chciał wyznać ukochanej miłość w nietypowy sposób, czy urozmaicić życie intymne; tak czy siak pewnie się zawiedzie, bo w tej drugiej dziedzinie Chińczycy, przynajmniej współcześni, zbyt mocni nie są ;)
  • jak pędzić bimber z ryżu – sam nie wiem, odsyłam do mojego brata, jak tylko założy bloga;
  • ni huja chiński – czas wizyty tej osoby na mojej stronie wyniósł 0 sekund, i dobrze;
  • sex w chinach – niezbyt bezpieczny, powiedziałbym;
  • pomoc do do napisania jakby nie było elektroniki – zalecam raczej pomoc w formułowaniu pytań do google;
  • żeby komuś dojebac – echhhh...;
  • gdzie mozna kupić trawke – ziomek niestety się zawiódł, z Polski na Sanlitun trochę daleko;
  • jak powiedziec polak po chinsku – podejrzewam, że coś w stylu „sir, sir, good price, come, come”;
  • miłość po koreańsku – zapytam współlokatora;
  • zrob sobie silownie – duch sportowy w narodzie nie ginie;
  • seks bez placenia – to mnie całkowicie rozbroiło, nie mam pojęcia jak to się stało, ale zakładam, że szukający chyba nie do końca zadowolony był z rezultatu.

Reszta haseł była już normalniejsza, dominowały słowa ryż, pałeczki, Chiny oraz sinologia we wszystkich przypadkach. Coraz dziwniejsze robią się te hasła, czekam tylko na chwilę, kiedy ludzie zaczną do mnie trafiać po zapytaniach typu reaktor termojądrowy, rak macicy czy urwałem kółeczko od walizki, co robić.

W nadchodzącym tygodniu czeka mnie trochę zakupów, więc będzie o czym pisać, bo póki co brakuje mi tematów – większość czasu spędzam pracując przed komputerem. Miejmy nadzieję, że już niedługo będę miał więcej czasu i blog powróci do starego, dobrego stanu, który ginie gdzieś w mrokach 32 dni.

13:41, ximinez
Link Komentarze (12) »
czwartek, 05 października 2006
Chinglish

Czyli – cieszmy się, że nikt nie kaleczy naszego języka.

Chiny się zmieniają. Wystarczy postawić parę kroków za drzwi samolotu i już zewsząd atakują nas reklamy i szyldy w języku angielskim. Gdyby zapomnieć o specyficznym zapachu, tłoku i milionach Chińczyków, można by poczuć się jak w Londynie. A jednak...

Zamawiając kawę w „Starbucks” na lotnisku (za mną długi lot, a przede mną oczekiwanie na kolegę, który inną linią przyleciał dwie godziny po mnie), postanowiłem nie pogłębiać szoku kulturowego i pierwsze zdanie na obcej ziemi wypowiedzieć po angielsku. I tu pierwsze zaskoczenie – sprzedawca odpowiada po chińsku. No kurna, wielka, międzynarodowa sieć, oddział na lotnisku i nie mówią po angielsku?! Wskazałem więc na to, co chciałem i wtedy dopiero uświadomiłem sobie, że to jednak wcale nie był chiński. Po prostu Chińczyk tak kaleczył język Szekspira, że poturbowane słowa resztkami sił docierały do moich uszu, lecz konały w mękach gdzieś pomiędzy kowadełkiem, a ślimakiem. Zapłaciłem, odebrałem kawę, rzuciłem xiexie i usłyszałem coś na kształt „jułełko”, co zapewne jest tutejszym odpowiednikiem „you’re welcome”. Zapowiadał się ciekawy rok.

Wróćmy jednak do napisów. Po uważniejszej analizie dochodzimy do wniosku, że coś tu jednak nie gra. Niby „Starbucks” to „Starbucks”, „pharmacy” też na miejscu, a i w „bookstore” nic nie dziwi, ale składnia i sposób zapisu trącą tragiczną nieznajomością języka i brakiem praktyki autora. Duże sklepy i instytucje wychodzą z tego obronną ręką, choć i tam zdarzają się wpadki, ale mniejsze przybytki straszą przyjezdnych Anglosasów fatalną angielszczyzną.

Parę dni temu przechodziłem obok kawiarenki, która wszem i wobec głosiła, iż nazywa się „Be For Time Cafe”. Chodziło tu zapewne o bycie gdzieś na czas (on time), ale takie rzeczy jak przyimki to zmora każdego języka. Podobnie ma się sprawa z zakładem specjalizującym się w zdjęciach dzieci, którego nazwa brzmi w języku angielskim: „Love You Baby Funny Photo”. Dla mnie co innego jest bardziej „funny”, niż ewentualne „photo” :) Niemniej jednak wybaczam w imieniu Anglii.

Inna sprawa, że takie rzeczy zdarzają się też na przykład na uniwersytecie. O ile w Pekinie NIE MA koszy na śmieci i wszyscy walą odpadki gdzie popadnie, o tyle na uniwersytecie, kaganku oświaty, ustawiono ładne, dwukolorowe kosze, które po jednej stronie przyjmują śmieci do powtórnego użycia (recycling), a po drugiej... no właśnie – widząc napis UNRECYCLING (powinno być non-recyclable) można domyśleć się sensu, ale tak na prawdę nie do końca wiadomo czy wrzucać to, co nie nadaje się do użytku wtórnego, czy raczej rzeczy wyprodukowane w procesie recyklingu i czekać, aż z drugiej strony wypadnie to, czym były wcześniej. A wystarczyło zapytać dowolnego studenta z zagranicy.

Jednak szyldy i nazwy firm/instytucji to nic, nic powiadam Wam, w porównaniu z koszulkami, które Chińczycy noszą dumnie na swoich zapadniętych klatach. Znając chiński często podśmiewałem się z ludzi, którzy w Europie noszą na koszulkach, lub często na własnym ciele, chińskie znaki napisane błędnie, odwrócone na wszelkie sposoby, lub po prostu nieskładające się w żadną logiczną całość. Być może Chińczycy postanowili wywrzeć na ludziach z Zachodu perfidną zemstę i kosztem godności osobistej ponosić kretyńskie napisy na koszulkach. A może po prostu napis po angielsku wygląda fajnie i nie ważne co tak naprawdę głosi. Poniżej zamieszczam kilka przykładów, które szczególnie sobie upodobałem (wszelkie błędy w pisowni wystąpiły w oryginale):

  • Seriously warms you and others round you – głosiły wielkie, białe litery na czarnej koszulce. Zapewne tekst miał być zalotny i seksowny, choć wyszło raczej śmiesznie.
  • Never to be forgotten cool – niektórzy chcą, aby pamiętano ich jako cool, ale innym to nie wystarcza, oni chcą by nigdy o nich cool nie zapomniano.
  • Performed by: Made in Osaka – nie wiem czy chodzi o koszulkę, czy osobę, która ją nosiła. W ogóle nie wiem o co tu chodzi.
  • I’m coming or am I not? Yeah, I’m coming! – mam nadzieję, że tu nie miało być podtekstu seksualnego, bo jeżeli tak, to efekt jest całkowicie odwrotny.
  • Surfer dreams is wet – może język angielski to synonim seksu w Chinach?
  • Eenglish – dokładnie w tym języku był napis na koszulce. Dodatkowo okraszony był flagą brytyjską.
  • Suck my daddy penis – mój faworyt. Koszulka była różowa, ozdobiona cekinami. Chyba za żadne pieniądze bym czegoś takiego nie założył, a chudemu Chińczykowi, na którym ją widziałem, nie przeszkadzała.

Dziś kupiłem sobie plastry z nikotyną (o rzucaniu palenia w Chinach napiszę w przyszłości), które po chińsku nazywają się „Kocham nie palić”. Nawet chwytliwe, pomyślałem, po czym zobaczyłem angielskie tłumaczenie, które brzmiało: „Love or Smoke”. Hmm, bardzo motywujące, dużo bardziej niż oryginał – palisz i umierasz w samotności, proste! Nie ma trzeciej drogi. Ciekawe jak przetłumaczyliby nasze ostrzeżenia na paczkach papierosów (tu, jeżeli w ogóle są, to małą czcionką, gdzieś z boku, tak, żeby nikt nie widział). „Palenie zabija” = „Zdychaj, śmieciu!”? :)

To oczywiście tylko kilka przykładów. Jeżeli w przyszłości natknę się na podobne, nie omieszkam ich tutaj zamieścić ku uciesze zgromadzonej gawiedzi, a póki co życzę udanego popołudnia, spędzonego na rozmyślaniu dokąd uciekać z IV RP.

P.S. Ponieważ mój fanklub zagroził, że jeżeli nie zamieszczę dowcipu z 故事报, to w najbliższych wyborach zagłosują na Kaczyńskich, postanowiłem spełnić to żądanie i wspaniałomyślnie opublikować kolejną próbkę chińskiego poczucia humoru:


- A wiesz? Mój tato powiedział mi, że ludzie pochodzą od małp.
- Bzdury... Nie wierzę!
- Naprawdę! On mnie jeszcze nigdy nie okłamał.
- Tak? No dobra. To idź i zapytaj go, w którym zoo wcześniej mieszkał.
-...

 

I tym humorystycznym akcentem kończymy dzisiejsze wydanie „Zapisków...”. Za chwilę sport i pogoda, a ja spotkam się z Państwem jak mnie najdzie ochota, o!

14:10, ximinez
Link Komentarze (15) »
wtorek, 03 października 2006
Tomek coraz bardziej się zadomawia

Zainspirowany znanym i lubianym hasłem poprzedniej epoki – „a co Ty zrobiłeś, aby twój zakład pracy stał się jeszcze lepszy” – postanowiłem sprawić sobie coś, z czego każdy Czytelnik korzysta codziennie, a co do tej pory było dla mnie niedostępne. LODÓWKĘ!

W akademiku jest kuchnia, wspólna dla około 100 osób, które tutaj mieszkają, w której stoją dwie lodówki, zawalone od góry do dołu koreańskimi przysmakami. Po jednej, średni udanej, próbie wciśnięcia kartonu mleka i kawałka sera pomiędzy kimchi, pastę chilli i małe, suszone rybki stwierdziłem, że z koreańskim potopem nie wygram i przestałem kupować szybko psujące się rzeczy. Oznaczało to tyle, że codziennie rano musiałem wychodzić do sklepu, żeby kupić 250ml kartonik mleka do płatków na śniadanie. Na szczęście znam pewną Ukrainkę, która wyprowadziła się z akademika do własnego mieszkania i zostawiła w spadku lodówkę, ponieważ na miejscu ma lepszą. Stwierdziła, że lepiej niech chodzi i komuś służy, niż rdzewieje gdzieś w kącie, a ja, po dłuższych namysłach, przeniosłem ją do siebie.

Tak oto wygląda moje cudo:

 

Naturalnie, tak wygląda po tym, jak ją dokładnie umyłem :) Tak, tak, jak człowieka przyciśnie to i lodówkę potrafi umyć. Przy okazji umyłem też z grubsza podłogę (zrobię to dokładnie w sobotę, dzisiaj współlokator miał gościa i nie chciałem ich z pokoju wywalać) i powycierałem kurze. Co to się ze studenta robi na starość, no....

Póki co dużo w tej lodówce nie ma, ale z czasem zacznie przybywać. Od czasu zrobienia poniższego zdjęcia w środku wylądowały również 3 jiny jabłek (1,5kg), zakupione za niecałe 3zł. Trochę drogo, ale co tam, ważne, że nareszcie mogę pozwolić sobie na owoce :)

 

Już niedługo, może nawet jutro, pojawi się artykuł dotyczący chinglishu, gdyż postanowiłem nie czekać, aż zbiorę kupę materiałów, ale co jakiś czas wrzucać co ciekawsze (i bardziej kretyńskie) przejawy złego użycia języka angielskiego.

Stay tuned!

P.S. Wspomnę tylko, że sam tej lodówki nie przyniosłem. Zatrudniłem do tego niewykwalifikowaną siłę roboczą z Indii ;)


19:03, ximinez
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 02 października 2006
Off-topic

Dziś będzie trochę filmowo, dla odmiany.

W ramach tęsknoty za ojczyzną i językiem polskim postanowiłem ściągnąć i obejrzeć jakiś wytwór rodzimej kinematografii. Wybór, dość przypadkowo, padł na film „Francuski numer”, z Janem Fryczem, Karoliną Gruszką i Stuhrem Bis. Film reklamowany był jako „komedia roku”, ale nie spodziewałem się wiele, pamiętając poprzednie mega hiciory kręcone w III RP. Nie spodziewałem się jednak tego. Film jest tragiczny! Fabuła jest kretyńska do bólu, rzekomo zakręcona, ale w rzeczywistości bardziej irytuje widza, niż trzyma go w napięciu. Do tego zwieńczona jest zakończeniem na poziomie średnio udanego filmu pornograficznego. Dno!

Aktorstwo stoi na równie niskim, jeżeli nie gorszym poziomie. Nie wiem kto wpadł na pomysł obsadzenia chorego chłopczyka z „Klanu” w jednej z głównych ról, ale zasługuje na kopa w tyłek i przeniesienie z kinematografii do kamieniołomów. Gruszka kręci tyłkiem, pokazuje nogi i zachowuje się jak ostatnia zdzira. Jeżeli w zamyśle miała być uwodzicielska, to efekt jest całkowicie odwrotny – brzydzi i żenuje. Nawet Stuhr II, którego, mimo niepowodzeń w poprzednich produkcjach, całkiem lubię, gra zupełnie niewiarygodnie, nieprofesjonalnie i nieśmiesznie. Pozostałych nawet nie komentuję, bo szkoda mi klawiatury.

Jak zwykle jedyne w miarę zabawne sceny dotyczą charakteru narodowego Polaków. Znów śmiejemy się z własnego chamstwa i głupoty, a wszelkie gagi niemające z tym związku wypadają fatalnie. Niestety, w swojej prześmiewczości, filmowi daleko do takiego arcydzieła jak na przykład „Dzień świra”. Bliżej natomiast to gniotów klasy „Chłopaki nie płaczą” albo „Poranek kojota”. I z przykrością muszę stwierdzić, że wyżej wymienione podobały mi się (choć to może za dużo powiedziane) dużo bardziej niż „Francuski numer”. Chciałbym, żeby bracia Kaczyńscy, zamiast fiksacji na punkcie układów, esbeków i rewolucji moralnej, przedsięwzięli krucjatę przeciwko marnym namiastkom filmów, które w Polsce szumnie nazywa się „superprodukcjami”, może przynajmniej taki byłby z nich pożytek. Ech, Bareja pewnie się w grobie przewraca...

Dla zatarcia okropnego wrażenia obejrzę sobie dzisiaj coś dobrego, pewny i sprawdzony klasyk męskiego kina, na przykład któregoś Indianę Jonesa. Nabyłem dziś drogą kupna wszystkie trzy filmy z tej serii i warte były swej ceny 8 zł za całość (a kupiłem je w sklepie, to nie podróby). Przy okazji sprawiłem sobie również „Wielki błękit”, ale w pośpiechu nie zauważyłem, że nie jest to ten film, o który mi chodziło, a film dokumentalny produkcji BBC. No i 2 zł przepadło ;) Na otarcie łez mam jeszcze „Good-bye Lenin”, „Lśnienie” Kubricka, nową „Wojnę światów” i „Garfielda 2” dla siostry. W sumie 8 oryginalnych (choć co do „Garfielda” mam wątpliwości) DVD za 30 zł. Fajne te Chiny :)

17:28, ximinez
Link Komentarze (12) »