Rzecz o Chinach, Chińczykach, chińszczyźnie i pewnym sinologu.
web stats stat24.com
RSS
sobota, 30 września 2006
Wakacje!

Upłynęły już 3 tygodnie nauki, więc czas najwyższy na odpoczynek. Szczęśliwie się składa, że równo 57 lat temu niejaki Mao Zedong proklamował powstanie Chińskiej Republiki Ludowej. Z tego powodu mam tydzień wolnego :) Tak, tak, to nie pomyłka, wliczając weekendy będzie tego 9 dni, które w całości przeznaczę na... pracę i naukę. Takie życie, ale nie narzekam.

Myślę, że nadeszła odpowiednia chwila, aby objawić światu moje mroczne i pokrętne plany - za 21 dni przylatuję do Polski. Tak! W sobotę 21.10 o godzinie (dane do wiadomości redakcji) przybędę z (dane do wiadomości redakcji) i udam się w jednej z nieoznakowanych czarnych limuzyn do posiadłości w centrum Warszawy. Po 3 dniach znowu zmienię miejsce pobytu, aby zmylić tropiących mnie mafiozów, organy ścigania i wielbicielki i udam się do Paryża, a dalej do Caen, skąd przez następne dni będę kierował moim międzynarodowym syndykatem zbrodni. Ostatecznie jednak powrócę do Pekinu i będę przebywał tu aż do Bożego Narodzenia, kiedy to ponownie zaszczycę Europę skromnym tournee.

Jak ktoś puści farbę mediom, to ukatrupię, przysięgam ;)

20:09, ximinez
Link Komentarze (6) »
czwartek, 28 września 2006
Urzędnicza przyjaźń polsko-chińska

Uważni kontestatorzy życia w Chinach zauważyli pewnie obszerną notkę, jaką na swojej stronie zamieścił Zhao, o tu . Dziś stanąłem przed tym samym problemem. Rano odnalazłem swoje nazwisko na liście osób, które mogą już odbierać paszporty i natychmiast przypomniałem sobie, że w momencie rejestracji sam również zapłaciłem 400 yuanów za pozwolenie na pobyt. Nic to, pomyślałem, najwyżej nie zwrócą. Ale nie dawałem za wygraną.

Wychodząc po południu z pokoju przygotowywałem się fizycznie i psychicznie do starcia z urzędniczkami w biurze dla obcokrajowców. Żeby zrobić wrażenie ubrałem się na galowo (jeansy i t-shirt), przećwiczyłem mój powalający uśmiech i ruszyłem w drogę. Dojście z akademika do biura trwa około 5 minut i cały ten czas poświęciłem na układanie w głowie mojego przemówienia dotyczącego zwrotu moich pieniędzy. Chciałem uderzyć w takie tony jak: dwustronna przyjaźń polsko-chińska; Polacy nie kłamią, więc ich naprawdę nie oszukuje oraz „jak nie wierzycie, to tu jest numer do ambasady”.
  O dziwo w biurze było zupełnie pusto, jeżeli nie liczyć dwóch pań siedzących za długą ladą. Jednej z nich podałem moją legitymację studencką, a ona wydała mi paszport. Jeszcze tylko szybki podpis i mogłem uciekać. Ale to był dopiero początek.
Mając już dokument pewnie w ręce i będąc pewnym, że nikt mi go już nie zabierze na niewiadomo ile czasu wypaliłem z moim pytaniem:
   - Aha, mam jeszcze jedną kwestię, podobno Polacy nie płacą za wizę.
   - Słucham?
   - Eee, no ludzie z mojego kraju nie muszą płacić za wizę. Jest bezpłatna. Nie trzeba dawać pieniędzy – wyliczyłem tak na wszelki wypadek. Któreś z tych stwierdzeń musiało do niej dotrzeć.
   - A pan jest stypendystą czy sam płaci? – zapytała druga z pań, widocznie przełożona.
   - Połowicznie. Mam opłacone czesne.
   - Proszę o legitymację studencką.
   To mogłem zaryzykować. Nadal kurczowo trzymając swój paszport oddałem jej legitymację i dalej tłumaczyłem, o co mi chodzi. Miła pani wstukała coś do komputera, przyjrzała się wynikom i rzekła:
   - Przepraszam na sekundkę, zapytam co i jak.
   Następne trzy minuty spędziłem udając, że wcale nie przysłuchuję się rozmowie toczącej się na zapleczu, z której zrozumiałem tyle, że rozmawiano o mnie – o statusie jako studenta, o pochodzeniu i tak dalej. Trochę długo to trwało, a mój pajęczy zmysł podpowiadał mi, że nie obejdzie się bez komplikacji i nawet jeżeli pieniądze dostanę, to nie dziś, pewnie nawet nie w tym miesiącu. Mimowolnie spojrzałem na maszynę do przeliczania pieniędzy. Ciekawe, że wszędzie tu takie mają i zawsze z nich korzystają. Przy każdej transakcji co najmniej dwukrotnie. Kiedyś płaciłem za coś, nie pamiętam już co, równo 50 yuanów. Podałem zatem kobiecie, która mnie obsługiwała 50-yuanowy banknot. Ona wzięła go w ręce, obejrzała dokładnie, również pod światło. Stwierdziła naocznie, że jest go sztuk 1 (słownie: jeden), po czym.... wrzuciła do maszyny. Samotny papierek wykonał głuche „put” i z impetem wyleciał po drugiej stronie. Na szczycie urządzenia licznik dumnie wskazał 1. Uff, przez moment myślałem, że pomyliłem się i dałem za mało banknotów. Moje zdziwienie osiągnęło szczyt, kiedy kobieta chwyciła banknot w locie i wrzuciła go do maszyny po raz drugi. Kiedy nowy wynik zgodził się z poprzednim dostałem wreszcie to co chciałem i operacja „Bezsensowna czynność” zakończyła się zwycięstwem wojsk sprzymierzonych.
  W końcu pani powróciła do mnie i okazało się, że tym razem mój pajęczy zmysł się nie mylił. Trzymała w rękach 400 yuanów – 4 nowiutkie 100-yuanowe banknoty.
   - Pan płacił 400 yuanów przy rejestracji, tak?
   - Tak – odparłem. „Cholera, pewnie będzie chciała pokwitowania, którego zdaje się nawet nie dostałem”.
   - Okej, w takim razie to pana pieniądze – rzekła z uśmiechem.
  Wrzuciła je jeszcze dwukrotnie do maszyny, która w sumie osiem razy zrobiła „put” i wydała mi pieniądze, cały czas uśmiechając się i przepraszając, że w ogóle je ode mnie wzięli. To się nazywa obsługa :)

Morał z tego taki, że skoro nawet w Chinach od czasu do czasu, w niektórych miejscach można załatwić coś normalnie, to może da się i w Polsce. Drodzy Rodacy, szukajcie, a znajdziecie – chodźcie po urzędach i biurach, a może i Was los obdaruje tak piękną chwilą, może i Wam załatwią coś bez czekania, papierków, druczków, ciągłego łażenia i poganiania. Osobiście wątpię, ale pomarzyć zawsze można.
Ślę pozdrowienia dla IV RP! Jakby PiS dalej rozdawał stołki, to weźcie jeden dla mnie, też mogę być sekretarzem stanu, też chcę być częścią „rewolucji moralnej” braci Kaczyńskich!
Koniec transmisji...

10:08, ximinez
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 25 września 2006
c.d.

Zapomniałem o specjalnym życzeniu fanklubu - dowcipie z gazety (muszę kupić nową, bo w tej kończą się już te dobre ;) ).

Pewnego dnia państwo Zhang pokłócili się i przestali się do siebie odzywać. Żadne z nich nie chciało pierwsze wypowiedzieć słów. Niedługo później pan Zhang musiał wstać wcześnie rano z powodu konferencji i napisał żonie notatkę: "obudź* mnie jutro o 7:00".

Następnego dnia pan Zhang obudził się i zobaczył, że już 8:00! Wściekły zwlókł się z łóżka i w tym momencie ujrzał leżącą obok kartkę, na której stało: "wstawaj, zgredzie, już 7:30!".

Ha...

*po chińsku "obudzić" oznacza również "zawołać"

Przygotowałem nawet jeszcze jeden, ale jest poniżej krytyki, serio.

14:10, ximinez
Link Komentarze (11) »
Chaos i zagłada,

czyli kilka niepowiązanych ze sobą, niedorzecznych, nieciekawych i najpewniej nieprawdziwych faktów z mojego życia.

 

1. Mam strasznie dużo roboty. Kurs językowy na moim uniwersytecie przypomina trochę szkołę podstawową, gdzie trzeba robić każdą cholerną pracę domową, nie spóźniać się na zajęcia, a w przypadku nieobecności powyżej trzech dni przywieźć taczkę zaświadczeń i zwolnień. Inna sprawa, że pobyt tutaj i tak nie zalicza mi roku, więc ocenę końcową mam w głębokim poważaniu. Choć prace domowe i tak robię, bo głupio jakoś tak nie oddawać...

2. Przechodząc parę dni temu przez hol usłyszałem od jednego z Azjatów „dzień dobry”. Lekko zdziwiony odparłem „dzień dobry” i już chciałem iść w swoją stronę (w końcu ja też znam po japońsku „konichiwa”, a po koreańsku „anyonghaseyo”), kiedy mych uszu dobiegł dźwięk tak bardzo polskich słów „ch**j ci w d**ę” (cenzura konieczna, bloga czytają osoby niepełnoletnie ;)). Brawo dla tego pana, zwrócił moją uwagę. Okazuje się, że autorem miłego powitania i przekleństwa był Japończyk, który pobieżnie wyjaśnił gdzie się tego nauczył (pozdrawiam studentów z Polski), zaprezentował jeszcze parę soczystych epitetów i wrócił do rozmowy ze swoją koleżanką. Dopiero po jakimś czasie zaczęła gnębić mnie jedna myśl – SKĄD ON WIEDZIAŁ, ŻE JESTEM POLAKIEM?!?!?! Czy ja mam to wypisane na twarzy? Po japońsku????? Chciałem wyjaśnić z nim tę kwestię, ale tu pojawia się jeden problem – nie pamiętam jak wyglądał. Mogę podać ogólny rysopis – niski, cera jasnobrązowa, włosy czarne, oczy skośne. Niestety, pasuje do 99,9% mieszkańców akademika. Już jednego zagadnąłem w tej kwestii i okazało się, że spudłowałem. Ale temat będę drążył...

3. Podobnie sprawa ma się z rozróżnianiem koleżanek z klasy (7 Koreanek, 1 Japonka). Pierwszego dnia żartowałem ze znajomym Austriakiem, że jeżeli pozamieniają się koszulkami to następnego dnia nie mam szans przypomnieć sobie imion. I tak też się stało. Jestem w trakcie trzeciego tygodnia nauki, a imion nadal nie pamiętam.

4. Chińczycy nie umieją stać w kolejkach. Wszyscy wpieprzają się przede mnie, czy to w sklepie, czy przy kasach metra, czy przed budką z kebabem (ale to była grupka dzieci i nie miałem serca im zabraniać). Niestety, mój chiński nie jest jeszcze na tyle dobry, żebym mógł powiedzieć to, co ciśnie mi się na usta. Nie chcę przeklinać, bo kulturalny ze mnie człowiek, więc zapytam jakich Chińczyków, jak wyrazić sens polskiego zdania „ej, gdzie się pan pchasz, kolejka jest!” ;)

5. Odkryłem bardzo fajną stołówkę. Już od wejścia wieje socrealem, ale w całkiem niezłym wykonaniu. Dobre, śmiesznie tanie jedzenie i nawet nie tak tragiczne warunki. Choć ścisk jak na otwarciu hipermarketu.

6. Nie udało mi się dzisiaj kupić mleka na jutrzejsze śniadanie. Powód? Termin przydatności do spożycia każdego, które dzisiaj widziałem upłynął przedwczoraj, wczoraj, albo, w najlepszym wypadku, upłynie dzisiaj. Nie, żebym był jakimś purystą pod tym względem, ale nie kupiłem dla zasady. Tyle, że „dla zasady” będzie mnie kosztowało 10 yuanów, bo tyle kosztuje mleko Nestle w sklepie w sąsiednim akademiku. Chińczycy – Tomek 1:1.

7. Mój Koreańczyk ma depresję. Podobno jego dziewczyna (Chinka) ma wobec niego wygórowane wymagania i ciągle domaga się prezentów. Mówi, że się im ostatnio nie układa. Szkoda, bo miałem nadzieję, że wyjadą gdzieś razem na tygodniową przerwę z okazji tutejszego święta narodowego i będę miał spokój na te parę dni. Ale nie dam za wygraną, będę walczył o ich związek! Poza tym ostatnio zostawił klimatyzację włączoną przez całą noc, a ja obudziłem się o 6 rano, zmarznięty jak paluszki rybne i miałem ochotę udusić go poduszką. Klima chodziła na 15°C...

8. Spada liczba wejść na stronę! Powiedzcie znajomym, rodzinie, wysyłajcie maile, smsy, wywieszajcie transparenty, rozdawajcie ulotki! Chcesz zrobić sobie tatuaż z jakimś lipnym smokiem? Rozważ „www.chiny.blox.pl”!

9. W Chinach da się przeżyć dzień za 9 yuanów. Sprawdziłem. I nawet nie chodziłem głodny.

10. Ten punkt wrzucam, żeby była okrągła liczba. Wracam do nauki i zapraszam na następny odcinek obleśnych przygód rubasznego studenta w Pekinie.

 

13:50, ximinez
Link Komentarze (4) »
sobota, 23 września 2006
Avanti, na zakupy!

Miało być o rzucaniu palenia, ale nie będzie. Takie życie – media kłamią.

Jeżeli Chiny są fabryką świata, to Pekin nazwać można przyfabrycznym sklepikiem. Sklepikiem, w którym ceny są wyższe, niż u niejednego detalicznego sprzedawcy za oceanem, i w którym każdy chce cię orżnąć z uśmiechem na twarzy, powtarzając w kółko: „taniej nie znajdziesz nigdzie, jak u mnie!”.

Skuszony perspektywą kupienia paru gratów, których i tak naprawdę nie potrzebuję wybrałem się do ogromnego sklepu, zajmującego się sprzedażą detaliczną i hurtową. Proszę drogiego Czytelnika o wyobrażenie sobie Kupieckich Domów Towarowych pod PKiN w Warszawie. A teraz proszę tym barakom dodać jeszcze 3 piętra. I pomnożyć razy dwa. Witam w Pekinie.

Wraz ze mną na zakupy wybrał się Dave i Jamil (tu w bojowych nastrojach i gotowi do walki o najniższe ceny ;)).

Biedni Chińczycy nie zdawali sobie sprawy, co ich czeka, kiedy do kolejnych stoisk podchodzili Polak (z natury kutwy), Hindus (z natury uwielbiający się targować) i Szkot (komentarz zbędny). Kończyło się na tym, że albo nie chcieli z nami handlować, bo nasze propozycje były zbyt obraźliwe dla ich pazernej natury drobnych sklepikarzy, albo targi trwały w nieskończoność i męczyły nas na tyle, że dawaliśmy sobie spokój. Dość długo i namiętnie wykłócałem się o cenę plecaka na laptopa, a kiedy sklepikarka zeszła z 270 yuanów na 120, a ja nadal nie byłem usatysfakcjonowany i podziękowałem za współpracę, ta goniła nas jeszcze przez dobre 5 minut krzycząc: „to dobra cena, nie da rady taniej!”. Pewnie wrócę tam w tygodniu, starguję do 80 i go wezmę ;)

Pomimo obiegowej opinii, w Pekinie wcale nie jest tak tanio. Przykładem mogą być trampki model Stadion X-lecia, które na rzeczonym bazarze w Warszawie kupić można za 15zł, a tu zaczynają licytację od 80yuanów (30zł). Do tych 15 pewnie bym zjechał, ale na miłość boską, to miały być Chiny! Takie rzeczy to powinienem kupować za drobne na autobus!

Chiny to również kraina podróbek.


Miejscowi producenci nie zadowalają się zwykłym fałszowaniem zachodnich marek – idą o krok dalej, wyprzedzając tym samym projektantów takich firm jak Adidas czy Puma. W niektórych sklepach widziałem modele butów, które nigdy nie ujrzałyby światła dziennego na Zachodzie, a tutaj dumnie noszą nazwę znanej marki (czasami nie jednej, na własne oczy widziałem combo Puma-Converse-cośtamjeszcze). Przykład, szczególnie interesujący dla fanów kreskówek, emitowanych ongiś na Polonii 1, poniżej:


Ciekawa jest również marka butów dla prawdziwych salonowych klakierów, która (przynajmniej tak mi się wydaje) na zachodzie produkuje jedynie obuwie kobiece:


Uwaga, Kliencie, twoja kobieta może być zazdrosna:


Może nawet bym się skusił, ale sklepikarz nie chciał w ogóle się targować ;)

Po paru, mniej lub bardziej udanych, zakupach (choć sam nic nie nabyłem) postanowiliśmy zakończyć dzień obiadem w xinjiangskiej restauracji.


Jak widać, pałeczkami czasami trudno dać sobie radę :)

Na bazarek wrócę w przyszłym tygodniu, bo w weekend jest zdecydowanie zbyt gwarno i zbyt drogo jak na mój gust. Kolejna porcja smakowitych zdjęć już niedługo!

Tune in next time!

19:13, ximinez
Link Komentarze (8) »
czwartek, 21 września 2006
Adam Słodowy przedstawia: Zrób to sam - Siłownia!

W zeszłym odcinku omawialiśmy jak skonstruować przemysłowe krosno na domowy użytek, jak pomóc mamie w prasowaniu przez wykonanie pięknej deski oraz jak pędzić bimber z kredek i zeszytu do matematyki tak, żeby się matka nie dowiedziała. Dzisiaj omówimy bardzo często spotykaną sytuację, problemy, jakie możemy napotkać i sposoby na ich przezwyciężenie. Wyobraźmy sobie, że jedziemy na studia do Chin. Dajmy na to - do Pekinu. Studiujemy na Beijing Shifan Daxue i mieszkamy w akademiku nr 1. Załóżmy, że chcemy zrzucić parę kilogramów i podciągnąć formę, więc decydujemy się pójść do siłowni, która, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, znajduje się w tym samym akademiku, w którym mieszkamy. Na miejscu czekają nas jednak dwie przykre niespodzianki - siłka jest syfiasta, a nasze ulubione urządzenie nie działa z powodu braku rolki. Zdajemy sobie, naturalnie, sprawę, że poproszenie kogoś o naprawienie tego oznacza czekanie przez ruski miesiąc, więc, jak przystało na prawdziwych domowych majsterkowiczów, bierzemy sprawy w swoje ręce. Tak, tak - dzisiaj nauczymy się naprawiać siłownię.

Krok 1

Po pierwsze będziemy potrzebować 2 rzeczy - słownika chińsko-angielsko-chińskiego (najlepiej w formie elektronicznej)

 

oraz 20 yuanów (jeżeli nie macie, poproście mamę i powiedzcie, że to na oranżadę). 


W słowniku sprawdzamy jak po chińsku jest klucz francuski. Wiedząc już, że jest to mengniu (猛扭) udajemy się do najbliższego ulicznego sprzedawcy DVD i za 5 yuanów kupujemy jakiś fajny film. Po udanej transakcji pytamy sprzedawcę gdzie można kupić mengniu. Co? – zapyta. No, m e n g  n i u powtarzamy wolno, wyraźnie i w tonach, na wypadek gdyby nas nie zrozumiał. Po kilku kolejnych, bezskutecznych próbach poddajemy się i wyciągamy słownik. I tu następuje zdziwienie – sprzedawca nie wie, co to za słowo nawet wtedy, kiedy widzi znaki. Na szczęście w pobliżu stoi rower, więc wskazujemy na śrubę trzymającą przednie koło i wykonujemy ruch jakbyśmy ją odkręcali, powtarzając jednocześnie – „takie narzędzie, chodzi mi o narzędzie do robienia tego, o!”. Nagle na twarzy naszego rozmówcy odmaluje się zrozumienie i z ulgą powie „achaaaa, chodzi Ci o banzi (扳子)”. Ochoczo kiwamy głową i obiecujemy sobie, że w przyszłości będziemy uważniej szukać w słowniku. Udajemy się do wskazanego sklepu i za pozostałe nam po zakupie płyty 15 yuanów kupujemy klucz francuski.


Krok 2

Wyposażeni w klucz udajemy się do siłowni. Siłownia jest zepsuta, bo w najfajniejszym urządzeniu brakuje rolki. Bierzemy zatem nasz nowy klucz i bezczelnie wykręcamy rolkę z innego urządzenia, którego nikt nie używa (a przynajmniej my nie, więc co nas to obchodzi, prawie nikt tu nie zagląda, ciężarki się do siebie poprzyklejały, dobrze, że nie zarosło pajęczyną). Po dokonaniu napraw siłownia powinna wyglądać tak:


Krok 3

Pakujemy. Docelowo chcemy wyglądać tak:

To tyle na dziś, drodzy majsterkowicze. Zapraszam na następny odcinek, w którym dowiemy się jak rzucić palenie dzięki tradycyjnym, chińskim specyfikom. Dobranoc!

15:59, ximinez
Link Komentarze (16) »
wtorek, 19 września 2006
Dziś tylko dowcip

Pielęgniarka: "Halo, panie profesorze! Mam dla pana wspaniałą nowinę - właśnie został pan ojcem".
Profesor: "Hmm, to niech pani nie mówi nic mojej żonie, chcę, żeby ją to zaskoczyło."

A poza tym nic mi się nie chce. Na spacer sobie pójdę, a co!

 

12:17, ximinez
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 18 września 2006
Smak Europy

Dziękujemy Ci Panie za Twe hojne dary,
które spożywać będziemy
i za Carrefoura, który sprzedał nam je
za małą fortunę.

Nie można jeść chińskiego jedzenia na śniadanie. A przynajmniej mi się przejadło po trzech tygodniach.

DOWCIP (tym razem sam wymyśliłem):

Stoi dwóch obcokrajowców, Polak i Hindus, pod Carrefourem w Pekinie i strasznie chce im się pić. Właśnie wyszli z zakupów, ale zapomnieli kupić napojów w normalnych rozmiarach. Rozpijają więc sok z dwulitrowego baniaka, a wygląda to, mniej więcej, tak:

A Chińczycy nadziwić się nie mogą.

14:11, ximinez
Link Komentarze (7) »
Rozwiązanie zagadki

Wczoraj zadałem pytanie do zdjęcia, które brzmiało "co tu jest nie tak". Otóż tym, co NAJBARDZIEJ jest nie tak, na tym zdjęciu, jest wysokość, na jakiej zawieszone są kable.

Nawet w Polsce nie przeszłoby to żadnej kontroli budowlanej, a tutaj nikt się tym nie przejmuje i takie rzeczy widuje się na co drugiej kładce. Ciekawe ile osób rocznie odnosi obrażenia na skutek tych kabli, a ile kabli cierpi z powodu jajcarzy, którzy z nudów je przecinają (choć dla nich to trochę wysoko, jakiś taboret muszą przynieść czy coś). Chiny... 

01:40, ximinez
Link Komentarze (9) »
niedziela, 17 września 2006
Murek i zagadka

Nadal jestem pod wrażeniem tego, co buduje się zaraz przed akademikiem. Otóż murkiem otoczono cały placyk, na środku którego z pewnością coś powstanie. Co - nie mam pojęcia, ale jak tylko nadejdzie ten dzień, podzielę się wiedzą. Póki co mały update:

A teraz konkurs z nagrodami. Pierwsza osoba, która udzieli prawidłowej odpowiedzi otrzyma upominek z Chin, który przywiozę osobiście następnym razem, kiedy będę w Polsze. Odpowiedzi proszę udzielać w komentarzach. Rozwiązanie już jutro, więc radzę główkować. Pytanie brzmi: "co jest nie tak na tym zdjęciu?":

MEGA PROMOCJA - DOWCIP Z GAZETY GRATIS:

Matematyk przechadza się po parku ze swoją dziewczyną. Dziewczyna zapytała: "Całą twarz masz w piegach. Nie przeszkadza Ci to?". Matematyk odpowiedział delikatnie: "Przepraszam!  Od zawsze najbardziej lubiłem cyfry, które są po kropce".

HO HO HO!! Cóż za soczysty i wytrawny dowcip. Smakowałem go jak gruszkę cały wieczór. Wyborny, zaprawdę.

Stay tuned, mimo wszystko ;) 

14:38, ximinez
Link Komentarze (25) »
 
1 , 2