Rzecz o Chinach, Chińczykach, chińszczyźnie i pewnym sinologu.
web stats stat24.com
RSS
poniedziałek, 25 grudnia 2006
Wesołych Świąt
   
    Chciałbym życzyć wszystkim stałym czytelnikom bloga wspaniałych, ciepłych i rodzinnych świąt Bożego Narodzenia oraz szczęśliwego Nowego Roku. Czytelnikom przypadkowym, którzy trafili tu po raz pierwszy życzę nienajgorszych, letnich i całkiem przyjemnych świąt Bożego Narodzenia oraz nawet niezłego Nowego Roku.
    And to all my english-speaking friends: may you have a Merry Christmas and a happy New Year, with all the chuanrs (Jamil) and deep-fried Mars bars (Dave) you can eat and all the haircuts (Jason) you can afford to get, whether you need it or not ;) Take care, guys.
21:05, ximinez
Link Komentarze (4) »
czwartek, 21 grudnia 2006
Magiczny świat polityki

Ostatnimi czasy na moim blogu pojawiało się sporo komentarzy politycznych, które zamieszczałem głównie po to, aby odreagować emocje, jakie wywoływały we mnie kolejne głupstwa i kretyńskie pomysły naszej rządzącej ekipy. Jednak niedawno ktoś zwrócił mi uwagę, że niniejszy blog ma traktować o Chinach i większość stałych czytelników zagląda tu po to, aby właśnie o Chinach poczytać. Oczywiście uwagę tą całkowicie zignorowałem, po czym sam doszedłem do takiego wniosku. Pięć minut wcześniej, żeby nie było! Od dobrych rad to ja tutaj jestem ;)

Kto jest ojcem tego pomysłu – to ustalą badania DNA. Niemniej, od dzisiaj postaram się ograniczyć wszelkie wtręty polityczne do absolutnego minimum dyktowanego potrzebą chwili i poczuciem humoru. Nie oznacza to jednak, że moje poglądy jakoś się zmieniły, lub przyznaję rację opcji moim krytykom – po prostu chcę oczyścić łamy tego bloga, wszystkie komentarze polityczne zostaną zamknięte w obozach przejściowych, a ich kwestia zostanie ostatecznie rozwiązana przez wysłanie ich na Madagaskar. Jednocześnie przedstawiam to, co zapełni pustkę powstałą przez zniknięcie komentarzy politycznych – ciężki i niepoprawny humor ;) Endżoj!

18:52, ximinez
Link Komentarze (3) »
środa, 20 grudnia 2006
Zakupy w Chinach

Przedświąteczna atmosfera w pełni, tak w Europie, Ameryce, jak i Chinach. Choć nikt tu świąt nie obchodzi, każdy chce na nich zarobić, czy to kupując coś na świątecznej obniżce, czy sprzedając różnorakie badziewie i ciesząc się, że naiwniacy nabierają się na świąteczne obniżki. Ze sklepowych głośników sączy się świąteczna muzyka, a plastikowi Mikołajowie, renifery i jemioła przyozdabiają ściany i sufity.

Dla większości facetów zakupy to mordęga. Chodzenie godzinami pomiędzy półkami i wybieranie spośród tysięcy artykułów tego, czego nam potrzeba, albo tego, co nam się podoba, choć w ogóle tego nie potrzebujemy, jest w najlepszym wypadku bardzo męczące. I nie chodzi wcale o to, że nie lubię wydawać pieniędzy, czy kupować sobie fajnych rzeczy, ale o sam proces wybierania-płacenia. W Chinach jest pod tym względem jeszcze gorzej niż gdzie indziej.

Po przekopaniu się przez tony chały i trafieniu wreszcie tego, co mi się podoba, zaczyna się żmudny i pracochłonny proces targowania się. Znam ludzi, którzy to lubią, znam takich, którym to nie przeszkadza, jeżeli tylko zapłacą mniej więcej tyle, ile zamierzali i, w końcu, osoby, które targowania się organicznie nienawidzą. Zaliczam się do ostatniej grupy i pod tym względem wybrałem do wyjazdu na studia najgorszy z możliwych krajów.

Widząc białą twarz w sklepie, czy przy stoisku każdy (naprawdę KAŻDY) sprzedawca uśmiecha się do siebie w duchu i myśli: „bogaty frajer”. Często się nie mylą, ale o tym później. Kiedy usta umieszczone na białej twarzy otworzą się i wydobędzie się z nich tradycyjne pytanie: „多少钱?” („Ile to kosztuje?”), sprzedawca zastanawia się przez chwilę (pierwszy zły znak dla kupującego) i rzuca astronomiczną sumę. Obie strony wiedzą, że cena jest nierealna, więc kupujący zniesmaczony kręci głową i z (opcjonalnie) uśmieszkiem mówi „太贵了!” („Za dużo!”). W ruch idzie kalkulator, obie strony wystukują swoje, za każdym razem „ostateczne”, ceny, aż dojdzie do kompromisu, po którym przedmiot zakupu i pieniądze zmieniają właścicieli. Brzmi znajomo, dzieje się to w wielu krajach i nie jest to w sumie nic tak zdrożnego, z tą jedną różnicą, że w Chinach sprzedawcy są wyjątkowo pazerni, a kupujący często wyjątkowo naiwni.

Kiedy przyjeżdża tu bogaty Amerykanin lub Europejczyk, zadowalają się stargowaniem połowy, w najlepszym wypadku 2/3 ceny. W rzeczywistości, cenę początkową większości artykułów sprzedawanych na bazarach i targach należy podzielić przez 10, choć w przypadku rzeczy takich jak biżuteria, cenę dzieli się najwyżej przez 4-5. Niestety, ponieważ bogaci mieszkańcy Zachodu nie są skłonni targować się tak nisko, żeby przynajmniej zobaczyć z oddali rzeczywistą wartość artykułu, psują rynek dla nas, skąpców z Europy wschodniej. Sklepikarze często wolą olać chętnego do ostrych targów klienta, jeżeli mają w perspektywie zarobienie na naiwnym hamburgerze. Przy jednym stoisku można kłócić się o zakup koszulki za 10 yuanów, kiedy w budce obok słychać Amerykanina idącego na noże ze sprzedawcą, żeby kupić taką samą za 100. Sytuację na szczęście ratują Rosjanie, których w Pekinie nie brakuje.

Tutaj należy wspomnieć o aktorskich umiejętnościach chińskich sprzedawców – będą robić skwaszoną minę, krzyczeć, że ich chcemy oszukać, żalić się, że szef ich zwolni, jeżeli sprzedadzą tak tanio, a nawet płakać (autentyk!). Trzeba się naprawdę napracować, żeby kupić cokolwiek po prawdziwej, lub chociaż do takiej zbliżonej, cenie. Osobiście udało mi się to dwa razy i za każdym razem do transakcji nie doszło. Targowałem tak nisko, że sprzedający po prostu nie chcieli już opuszczać i nie pomagało nawet odchodzenie od stoiska.

Podsumowując, zakupy w Chinach do dla mnie horror w czystej postaci, przedsionek piekła i najgorszy rodzaj chińskiej tortury. Najlepszym momentem zakupów jest chwila, kiedy wracam do domu ze świadomością, że kupiłem wszystko to, co miałem. No i, oczywiście, robienie prezentów świątecznych, które kosztowały mnie małą fortunę w yuanach i ze trzy lata życia w nerwach ;)

Tym optymistycznym akcentem kończę ten wpis, zamykam laptopa i idę do gate’u, gdzie czeka już na mnie samolot do Warszawy. Stay tuned!

P.S. Ten chaotyczny wpis bez ładu i składu sponsorowany jest przez 10 godzin lotu z Pekinu do Kopenhagi. Nie spałem – strugam twardziela, a co!

23:53, ximinez
Link Komentarze (1) »
Nie płacz kiedy odjadę
    Wreszcie nadszedł ten dzień - dziś oto wracam do Polski na święta. Nie oznacza to jednak przestoju w pisaniu bloga. Już wkrótce pojawi się tu obiecana notka o zakupach. Stay tuned!
05:29, ximinez
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 grudnia 2006
Białoruś napada!

Rodacy, ratujcie się, bo oto Łukaszenko ze swoją półdziką hordą stoi już na granicy i lada dzień przypuści atak na naszą IV RP! A zaczynają od dezinformacji.

Wracam z zajęć, montuję sobie jakieś spóźnione śniadanie, otwieram stronę TVP, ściągam najnowsze (wczorajsze) wydanie Wiadomości i zasiadam do oglądania. I od początku coś mi nie gra. Niby znajome twarze, wszystko, zda się, takie jak zawsze, a jednak coś nie daje mi spokoju. I nagle mnie olśniło – w Wiadomościach brak właściwych wiadomości!

Dowiedziałem się, po raz kolejny, co stało się 36 lat temu na wybrzeżu, że Giertych wypina się na swoich nazioli, gdyż są za mało radykalni (cytat za posłem Wiecheckim: „zawsze zdarzają się dziwne osoby, które, no niestety, są wyjątkami”), jak wspaniale zmienia się Afganistan i że dzielni funkcjonariusze MO będą walczyć z nielegalnym wycinaniem choinek. Na osłodę rzucono mi relację z propagandowego wiecu w Moskwie, żebym poczuł, że u nas to jednak jest dobrze.

Z wczorajszych Wiadomości NIE dowiedziałem się: o krwawych starciach w Gazie, o masakrze NATO w Afganistanie, o publikacjach Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung, czy o porwaniu pracowników Czerwonego Półksiężyca. Ale wiem już, jak groźni przestępcy oznaczają choinki do wycięcia. Uff...

Przejrzałem niecny plan Łukaszenki – wyhodował klony obiektywnych zazwyczaj dziennikarzy TVP, nauczył polskiego i nagrał tę farsę serwisu informacyjnego, aby Polacy za granicą nie przyszli z odsieczą atakowanym obywatelom Polski. Nie ze mną te numery, Alek, taką propagandową papkę możesz sobie w Mińsku puszczać, ale Polak nie jest głupi, pozna się na tak grubymi nićmi szytym spisku. Prawda?

Echh.. Ja chcę TVN, albo żeby szybciej działała mi gazeta.pl, choć normalnie za nią nie przepadam, albo jakikolwiek inny serwis informacyjny dla nikczemnego wykształciucha, takiego jak ja...

Na marginesie – niech mi ktoś powie, czy Wiadomości wspomniały w ogóle o gafie, jaką nasz światowiec El Presidente strzelił w Brukseli? Chodzi o czerwoną małpę i Netherlands. Jakoś przegapiłem to wydanie.

16:52, ximinez
Link Komentarze (3) »
sobota, 16 grudnia 2006
Spisek koreano-komuno-masonerii

Dowiedziałem się o istnieniu podziemnej siatki wywiadowczej złożonej z Koreańczyków. Zadaniem owej tajnej organizacji jest wymiana informacji o cudzoziemcach (nie-Azjatach) studiujących w Pekinie. Cała historia zaczęła się od pewnych urodzin...

Wpadł do mnie wczoraj z kurtuazyjną wizytą niejaki Łukasz, student Capital Normal University, znany również jako książę z „Kopciuszka”. Po jakimś czasie udaliśmy się razem z dwiema koleżankami – Magdą i Oksaną – do pubu w budynku akademika. Tam Oksana złożyła Łukaszowi spóźnione życzenia urodzinowe, gdyż, jak już pisałem, ten obchodził niedawno rocznicę produkcji (nie wypada mi pisać którą, ale pierwsza cyferka niedługo zmienia się na 3). Najciekawsze było jednak to, skąd Oksana o tym fakcie wiedziała – otóż dowiedziała się od koleżanki z grupy – Koreanki. Najpierw trochę nie chciało mi się w to wierzyć i pomyślałem, że jaja sobie robi, a tak na prawdę wie od Magdy. Oksana jednak zapewniała nas, że cynk dostała od Koreanek. Najpierw mnie to rozbawiło, potem zdziwiło, ale im więcej dowiadywałem się o siatce koreańskich informatorów, tym większe ogarniało mnie przerażenie i złość.

Okazuje się, że Koreańczycy tworzą w Pekinie dość zwartą wspólnotę. I nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że uwielbiają (szczególnie faceci) plotkować. Robią to przy każdej okazji i w każdej formie – ustnie i na piśmie. Jednym z ich ulubionych tematów są obcokrajowcy i ich zwyczaje. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby po prostu wiedzieli, że na Dniu Koreańskim na innej uczelni była trójka Polaków, a czwarty obchodził urodziny, ale oni obgadują nasze zwyczaje, przyzwyczajenia, zachowanie i ubiór, a w swojej gazetce to wszystko opisują. Dzięki koreańskiemu wywiadowi, którego nie prosi się o informacje, ale cierpliwie czeka, aż sam wszystko chętnie wyjawi, Oksana dowiedziała się między innymi co (ze szczegółami) robiłem na imprezie tydzień temu (7 osób, sami obcokrajowcy, 0 Koreańczyków), jak zachowuję się we własnym pokoju i w czym chodzę spać. Dzięki tym skośnookim skurwysynom dowiedzieć się można niemal wszystkiego o niemal każdym w akademiku, na naszej i wielu innych uczelniach!

Dobra, skoro tak chcą sprawę rozgrywać, to ja też się zabawię. Może któryś z tych chujków jakimś cudem czyta tego bloga, dlatego chciałbym ogłosić wszem i wobec, że Wu Shiyuan (jego barbarzyńskiego, koreańskiego imienia nie pamiętam), zamieszkały w 留学生一公寓, nr pokoju 2204 ma małego fiutka i maniery kiepsko wytresowanego szympansa. Poza tym taki z niego informatyk (choć utrzymuje, że to studiuje) jak ze mnie kulturysta – kiedy pokazałem mu kartę SD i chciałem coś od niego przegrać, to zapytał czy to coś podobnego do USB. Ponadto, w nocy wydaje odgłosy jakby sam robił sobie dobrze ustami, a śpi ułożony jak 3-latek. Jego jedzenie śmierdzi, ogląda badziewne telenowele, czyta tandetne romansidła, które w Polsce można dostać za 3,99 w kiosku, słucha obciachowych boysbandów i ubiera się jak pedał. Budzi we mnie zero respektu i tylko śmiać mi się chcę, kiedy go widzę. Możecie mu to powtórzyć, koreańskie plotkary!

No, ulżyło mi trochę...

Jutro napiszę parę słów (jeżeli oczywiście po tym wpisie nie stracę wszystkich czytelników, którzy zniesmaczeni opuszczą na zawsze mój blog) o dzisiejszych i jutrzejszych zakupach. Strasznie to męczące, a już szczególnie w Chinach. Stay tuned!

17:43, ximinez
Link Komentarze (8) »
piątek, 15 grudnia 2006
Dzień pełen atrakcji

Obiecałem, że po skończeniu tłumaczenia będzie więcej atrakcji, a że pośród moich rozlicznych wad znajduje się względna słowność (oraz, jak się okazuje, kiepska umiejętność komplementowania ;) ), prezentuję kilka oto skrót wydarzeń z pełnego wrażeń dnia wczorajszego.

Dzień zacząłem tradycyjnie – od szukania mieszkania. Pojechałem obejrzeć lokal Francuza, który okazał się bardzo ładny, nowoczesny, przestronny i położony w ładnej okolicy. Nie przeprowadziłem się tam jeszcze tylko z powodu ceny. 1750 yuanów miesięcznie + opłaty to trochę dużo, choć nie aż tak bardzo, jak na Pekin. Jutro wieczorem oglądam jeszcze jedno mieszkanie (może również coś w międzyczasie), choć oswajam się powoli z myślą, że całe stypendium przeznaczał będę na mieszkanie, a żył z tego, co dorobię na nauczaniu angielskiego.

W odległości 5 minutowego spaceru od mieszkania, po drugiej stronie drugiej obwodnicy, jest mała dzielnica hutongów. Hutongi (po chińsku „alejka”) to fenomen spotykany niemal wyłącznie w Pekinie, a przynajmniej głównie z Pekinem kojarzony. Tradycyjne, chińskie domostwa poodzielane są tu wąskimi uliczkami, na których toczy się zasadnicza część życia mieszkańców – tutaj spotykają się, grają w szachy, jedzą, piorą, a często również pracują. Hutongi, które odwiedziłem wczoraj nie są najbardziej znane w Pekinie, do tych dopiero mam zamiar się wybrać, ale i tak wydały mi się bardzo urokliwe i klimatyczne. Coraz bardziej mi się ten Pekin podoba. Poniżej prezentuję kilka zdjęć:








Na wieczór zostaliśmy zaproszeni (ja i jeszcze dwójka znajomych Polaków) na urodziny niejakiego Łukasza. Urodziny miały odbyć się po Dniu Koreańskim organizowanym na jego uniwersytecie – Shoudu Shifan Daxue. Jedną z atrakcji podczas tej imprezy była adaptacja „Kopciuszka”, w której rolę księcia grał nie kto inny tylko jubilat. Ponieważ on na swoim blogu pewnie tego nie zamieści, ja zrobię to za niego :)

Najpierw książę wjechał na scenę w towarzystwie swojej koreańskiej świty:


Adblock

A później odbył się bal w pałacu, podczas którego goście robili sobie jaja z braci Kaczyńskich (panie magistrze C., takich świństw pan uczy Koreańczyków):


Adblock

Inne atrakcje były raczej nudne – koncert zespołu, który nie miał wiele pojęcia o muzyce, wyjątkowo beznadziejny pokaz taekwondo, dwóch gości rozgrywających mecz piłki nożnej na konsoli PS2 (NERDS!), pokazy tańca hiphop w wersji dla Koreanek bez poczucia rytmu i beznadziejny konkurs, w którym nic nie wygrałem. Choć jako biały dostałem kupon rabatowy do jakiejś koreańskiej restauracji.

Oprócz fantastycznego, ma się rozumieć, „Kopciuszka” warty uwagi był pokaz gry na koreańskiej cytrze oraz na koreańskich bębnach. Filmiki poniżej:

Adblock
Adblock

Po zakończeniu Dnia Koreańskiego udaliśmy się do restauracji mieszczącej się w tym samym budynku, gdzie skonsumowaliśmy kolację oraz tort. Wszystko pałeczkami ;)




Wieczór zaliczam do udanych, pomimo tego, że Koreańczycy z grupy Łukasza okazali się średni towarzyscy i raczej rozmawiali między sobą po koreańsku. Nie dziwi mnie to specjalnie – trzymanie się w swoim gronie to podobno u nich norma.

W najbliższych dniach nie planuję wyjść na kolejne urodziny, więc Czytelnik będzie musiał zadowolić się relacją z jutrzejszych zakupów i ewentualnego oglądania mieszkań.

Wpis ze wszystkimi filmikami i zdjęciami sponsorowany jest przez wyjątkowo szybki w dniu dzisiejszym internet.

10:21, ximinez
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 grudnia 2006
Koniec!

...ale nie bloga, tylko tłumaczenia. W zasadzie już parę dni minęło od czasu, kiedy wysłaliśmy (ja i Natalia, moja najdroższa) ostatnie strony tłumaczenia, nad którym ślęczeliśmy (i nie tylko my, pozdrawiam z tego miejsca uroczą panią Korektor z Podkowy Leśnej, bez której by się nie udało ;) ) od trzech miesięcy. Została nam jeszcze akceptacja korekty redakcyjnej i możemy ustawić się w kolejce po wypłatę i czekać na radosne święto Matki Boskiej Pieniężnej.

Z innych, ciekawych wieści – znowu zacząłem szukać mieszkania. Najpierw miałem szukać z Franzem, znajomym Austriakiem. Potem Dave zmienił zdanie i stwierdził, że musi się jak najszybciej wyprowadzić z akademika. Obejrzeliśmy razem kilka mieszkań, ja na własną rękę obejrzałem jeszcze parę, po czym Dave stwierdził, że póki co nie chce nic wynajmować, bo jedzie do Tajlandii w zimie i nie chce płacić za miesiące, kiedy go nie będzie. Wróciłem, zatem, na kolanach do Franza, ale ten szuka już mieszkania z jego znajomą – 45-letnią Angielką. Co prawda powiedział, że w takim razie będziemy szukać mieszkania z 3 sypialniami, ale znam tutejsze realia już na tyle, żeby wiedzieć, że mało to wykonalne – nie istnieje tu pojęcie pokoi o podobnych rozmiarach, zawsze jeden jest mniejszy od pozostałych, a na to żadne z nas nie pójdzie (do mnie przyjeżdża Natalia, do Franza jego dziewczyna, a do Angielki – mąż).

Zacząłem się, zatem, rozglądać za pokojami do wynajęcia i póki co nie wygląda to najgorzej. Jutro jadę oglądać mieszkanie, które wynajmuje jeden Francuz. Ogłoszenie wygląda całkiem zachęcająco – cena do przyjęcia, duży pokój, podwójne łóżko, wszystkie udogodnienia, w odległości 15-minutowej przejażdżki rowerem (wrócę z ciałem wyrzeźbionym jak u greckiego boga) od uczelni. Jak to wszystko ma się do rzeczywistości – okaże się jutro. Rozważam też mieszkanie z Chińczykami – znalazłem nawet jedną bardzo ciekawą (pod względem finansowym) ofertę. Oczywiście przychodzi mi do głowy milion powodów, dla których nie powinienem tego robić – różnice kulturowe to tylko jeden z nich. Jednocześnie mogę wymyślić co najmniej dwa mocne kontrargumenty: lepiej nauczę języka i będę miał co opowiadać po powrocie.

W poniedziałek były urodziny Dave’a, dlatego wyszliśmy w parę osób na kolację połączoną z degustacją miejscowych alkoholi niskoprocentowych. Miałem okazję, po raz pierwszy w życiu, spróbować słynnego ognistego kociołka (ang. hotpot, chiń. 火锅, huo3guo1), czyli, w dużym uproszczeniu, miejscową odmianę fondue. Do gotującej się wody z tłuszczem wrzuca się różne dobre rzeczy (różne mięsa, warzywa, grzyby, tofu w wielu postaciach – co tam kto chce i co stoi w menu) i po chwili konsumuje ze smakiem, pierwej utitławszy w jednym z dostępnych sosów. W tym konkretnym lokalu do kociołka dostaje się nieograniczoną ilość piwa, co w przypadku Chińczyków i tak sprowadza się do jednego, góra dwóch, ale menadżer nie przewidział chyba 7-osobowej grupy Europejczyków i Amerykanów, wśród których znalazł się Szkot i Polak :) Podając 20ste piwo kelnerki nie kryły już nawet rozbawienia. Poniżej prezentuję parę zdjęć z owej bezbożnej orgii:






Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy przekaz podprogowy. Kolejna porcja zbędnych informacji prosto do podświadomości już wkrótce. Proszę nie regulować odbiorników.

Aha, wpisy pojawiają się rzadko, gdyż internet u mnie w pokoju działa tak wolno, że na połączenie ze stroną edycji w blox.pl muszę czekać godzinami.

04:34, ximinez
Link Komentarze (5) »
piątek, 08 grudnia 2006
Nic ciekawego

Taka smutna prawda – nie dzieje się u mnie nic ciekawego. Kończę tłumaczenie (czas do końca można już liczyć w godzinach :D ) i mało wychodzę z pokoju. Ale cierpliwości, wierni fani, już niedługo będzie ciekawie. Będą zabytki, zdjęcia, historyjki, pościgi samochodowe, wybuchy, efekty specjalne, seks i przemoc! Będzie się działo, więc proszę nie przerywać połączenia i nie wywalać strony z ulubionych.

W chwilach wolnych od tłumaczenia oglądam sobie serial produkcji HBO „Rzym” (42 yuany za oryginalny box z bardzo dobrze podrobionymi płytami z całą pierwszą serią), który z czystym sercem polecam Czytelnikowi.

I na koniec informacja z serii całkowicie nieprzydatnych ciekawostek: jedną z ostatnich rzeczy do zrobienia w związku z przewodnikiem był skorowidz. Kiedy przetłumaczyłem wszystkie terminy i uporządkowałem je alfabetycznie, okazało się, że Marks, niejaki, Karol znajduje się zaraz obok Marks and Spencer’s, takiego dużego sklepu, kwintesencji kapitalizmu.

12:14, ximinez
Link Dodaj komentarz »