Rzecz o Chinach, Chińczykach, chińszczyźnie i pewnym sinologu.
web stats stat24.com
RSS
poniedziałek, 27 listopada 2006
Zagadki dla sinomownych

Miało być o wycieczce na hutongi, ale nie będzie, bo w końcu nie byłem. Ale pójdę. I będzie. Rzekłem.

W ramach pocieszenia zamieszczam dwie zagadki dla znających chiński. Nagrodą w obu jest poznanie ciekawych słówek i możliwość wylansowania się na moim blogu.

Pierwsza (łatwiejsza) brzmi: jaką znaną postać historyczną nazywa się po chińsku 开膛手杰克 (Kaitangshou Jieke)?

Druga (trudniejsza) to: kim jest postać nazywana przez Chińczyków 终结者 (Zhongjiezhe)?

W nawiasach podałem transkrypcję, aby osoby nieznające chińskiego też mogły spróbować. Na odpowiedzi czekam w nieskończoność, bo ja je już znam, a konkretnych nagród i tak nie ma.

Na koniec gratuluję pani Hannie Gronkiewicz-Waltz. Choć nie jest idealną kandydatką na urząd prezydenta Warszawy, to lepiej ona niż ten PiSowski dziad. To dzień zwycięstwa dla wszystkich zwolenników wolnego rynku i zdrowego rozsądku!

[EDIT] Wszystkim towarzyszkom i towarzyszom dzielącym niedolę językoznawstwa polecam ten oto artykuł.

06:59, ximinez
Link Komentarze (24) »
sobota, 25 listopada 2006
Drugi policzek

W odpowiedzi na gorące listy fanów i listy gorących fanek, postanowiłem popełnić kolejny wpis na moim blogu. Ponieważ nadal nie wychodzę i niewiele się dzieje, podzielę się dwiema historyjkami, które nie zasługują na oddzielne wpisy, ale razem tworzą wpis średnio udany i mało śmieszny.

Przychodzi taki czas w życiu każdego twardziela, takiego jak na przykład ja, kiedy postanawia zrobić coś dobrego. Tydzień temu, po skończonych egzaminach, postanowiliśmy grupowo pójść do dobrej restauracji, uczcić koniec męki. Umówiliśmy się przed wschodnią bramą uniwersyteckiego kampusu, obok której znajduje się McDonald’s i dość ruchliwa ulica. Ludzie powoli zaczęli się schodzić, Koreanki zaczęły rozmawiać o jakimś boysbandzie, Amerykanin i Bułgarka zajęci byli liczeniem obecnych osób, a ja postanowiłem pogadać sobie z Norwegiem. Po chwili podszedł do nas chłopczyk o bardzo zabiedzonym wyglądzie, ubrudzony na twarzy czymś nieprzyjemnym i poprosił o pieniądze na jedzenie. Wydało mi się to trochę podejrzane, bo pilnowała go kobieta wyglądająca całkiem normalnie, a i on wydawał się nieco „ucharakteryzowany”. Norweg stanowczo odmówił oddania jakichkolwiek pieniędzy i zaczął sobie z dzieciaka żartować, ale pod moją tytanową powłoką twardziela odezwało się dobre serce, więc wyciągnąłem portfel i dałem mu parę banknotów. Chłopczyk uśmiechnął się, nie podziękował i pobiegł do swojej opiekunki. Ona też się do mnie uśmiechnęła, a ja poczułem się dobrze, jako zamorski darczyńca jakiejś chińskiej rodziny. Ludzie z mojej klasy wreszcie się zeszli, więc mogliśmy wyruszyć na nasze kulinarne safari. Kiedy już miałem się odwrócić od chłopczyka i kobiety, poczułem, że dostałem czymś w twarz. To dzieciak rzucił we mnie jakimś śmieciem podniesionym z ulicy! Przez chwile stałem oniemiały, po czym uśmiechnąłem się i odszedłem, choć jakaś część mnie mówiła, że powinienem chociaż gnojka opieprzyć. Nie spodziewałem się, naturalnie, że młody będzie mi wdzięczny do końca życia za te parę yuanów, ale mógłby przynajmniej nie rzucać we mnie odpadkami! I bądź tu, człowieku, dobry w Chinach...

Po raz drugi naszło mnie na dobre uczynki, kiedy zachorował mój współlokator. Kilka dni wcześniej to ja leżałem w łóżku struty czymś, co zjadłem, a ten bej nawet nie zainteresował się tym, jak się czuję, nie mówiąc już o zaproponowaniu pomocy. Kiedy wyzdrowiałem, a on zachorował, pomyślałem sobie: „teraz zobaczy, jak to fajnie nie móc liczyć na współlokatora”. Ale, oczywiście, jak przyszło co do czego, to nawet mu aspirynę rozpuściłem! Zdecydowanie muszę popracować nad siłą charakteru. Ale palant sam się wykończy, nawet bez mojego udziału, bo pomimo choroby otwiera na oścież okno, które ma zaraz przy biurku. Huhu, parę dni takich atrakcji i będę miał go z głowy na parę tygodni, które spędzi w szpitalu z czymś poważnym. Ale nic nie mówię, duży jest, powinien wiedzieć. A jak nie wie, to znaczy, że powinien się wykluczyć z puli genów.

Na koniec ciekawostka – spotkałem wczoraj Niemca, który mieszkał kilka lat temu z Polakami. Zna tylko kilka wyrażeń, ale świadczą one w pewnym stopniu, jaki gatunek Polaków łatwo spotkać na zachodzie. Oto kilka przykładów zdań po polsku Niemca: „dawaj klucze”, „pij, kurwa, bo ci przykopię”, „nie ma roboty, nie ma mieszkania, wszystko chuj”, „zamknij ryj”, „ty chuju” i tym podobne. Pozdrawiam polonię w Europie i na świecie! Dobra robota!

Jutro umówiłem się ze znajomymi na wycieczkę po hutongach i siheyuanach, więc będzie co opisywać, szczególnie, jeżeli pogoda dopisze. Wreszcie popełnię jakiś porządny wpis na tego bloga. Stay tuned!

I jeszcze parę zdjęć. Ja z Norwegiem:

Z cyklu „znajdź na obrazku irytującego Amerykanina”:


05:48, ximinez
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 20 listopada 2006
Proszę o zwolnienie Tomasza K. z pisania bloga w dniach 09.11-19.11 z powodu...

Ostatnio rzadko coś tu pisałem, a spowodowane to było kilkoma czynnikami:

Po pierwsze – egzaminami. Nawet takich orłów jak ja ktoś, od czasu do czasu, chce sprawdzić. Wyników jeszcze nie mam, ale podejrzewam, że nie poszło mi za dobrze. Pewnie sprawa miałaby się lepiej, gdybym się choć trochę przygotował, ale w nawale pracy związanej z tłumaczeniem i z powodu wizyty w kraju, jakoś tego czasu zabrakło.

Po drugie – tłumaczenie. Powoli zbliżam się do końca zlecenia, przez które przez ostatnie miesiące niemal nie opuszczałem pokoju, oprócz wychodzenia na zajęcia, do siłowni i po jedzenie. Nie mogę się już doczekać końca – wreszcie na poważnie zwiedzę miasto, rozbiję namiot i spędzę parę nocy w muzeum historycznym oraz zacznę szukanie mieszkania.

Po trzecie – szwankuje mi dostęp do internetu. Nie mogę się połączyć nawet ze stronami, które nie są w Chinach zablokowane, przez co tracę ochotę na korzystanie z internetu w ogóle. Brzmi dziwnie? Trudno – jestem dziwakiem.

Po czwarte – prawie nic ciekawego się nie dzieje. Patrz punkt drugi.

Jako ciekawostkę powiem tyle, że wymyśliłem okrutną zemstę, którą wywrę na moim współlokatorze. Przed przeprowadzką nauczę się od jakiegoś Koreańczyka, który nie zna tego mojego, jak powiedzieć w ich języku „Biegle mówię po koreańsku i rozumiałem jak mnie obgadywałeś z kolegami, cycu! Ha!”, rzucę to przez ramię wychodząc i trzasnę drzwiami, aby nigdy nie powrócić, a jego zostawię skonfundowanego. Uuuch, ale będzie ubaw :D

12:36, ximinez
Link Komentarze (8) »
czwartek, 09 listopada 2006
Zabiję mojego współlokatora

Serio, wezmę w nocy poduszkę i go uduszę. Albo zrobię coś bardziej spektakularnego i wyrzucę go przez okno. To już drugi wpis z rzędu, w którym się pojawia, ale jego obecność jest jednym z głównych aspektów mojego codziennego życia ostatnimi czasy. Mogę pisać albo o nim, albo o tłumaczeniu, nad którym pracuję.

Dla niezdecydowanych: dlaczego warto zabić swojego koreańskiego współlokatora?

1. Koniec z wąchaniem puszczanych przez niego bąków. Skurwysyn się nawet z tym nie kryje – walnie nogi na stół i dawaj zanieczyszczać powietrze!

2. Skończy się to pieprzone ciamkanie, mlaskanie, chrząkanie i wszystkie inne dziwaczne odgłosy, które wydaje w każdej minucie swojego życia, a szczególnie podczas jedzenia. Seryjnie, ilu ludzi spotkaliście w swoim życiu, którzy ciamkają, kiedy jedzą miętówkę?

3. Koniec z borykaniem się z efektami jego zajebistych pomysłów racjonalizatorskich. A to klimę włączy na 15°C, a to otworzy okno, odsłoni firanki, zapali światło i zacznie się rozbierać do snu, albo jeszcze lepiej – wyleje wodę na podłogę i będzie „nawilżał powietrze”. Następnym razem niech sobie obsika materac, wilgoci będzie miał pod dostatkiem. Boję się kolejnych przebłysków jego geniuszu. Boję się, że wrócę kiedyś do pokoju i zastanę telewizor do góry nogami, bo w ten sposób promieniowanie będzie lepiej oddziaływało na jego twarzoczaszkę.

4. Przestanę wysłuchiwać i być świadkiem jego plucia. Ja wiem, że to w tym kraju norma, ale są pewne granice! Ten cieć potrafi wejść do pokoju z melą gotową do wyplucia, postać jeszcze chwilę nad koszem na śmieci, pocharchać sobie jeszcze trochę i dopiero pozbyć się, z niekłamanym smutkiem, cudnego efektu swoich starań. Nawet jak pluje w łazience to słychać go na całym piętrze.

5. Koniec z zamykaniem mi drzwi na klucz, kiedy nie ma mnie w pokoju 30 sekund. Wychodzę do toalety, klucze zostawiam na stole, na widoku. Koreaniec siedzi przy komputerze, coś tam pisze, więc myślę sobie, że jeszcze chwile tak posiedzi. Nie! Ten złamas wybiera oczywiście akurat ten moment, żeby pójść sobie na obiad, albo pogadać z koreańskimi kolegami i powymieniać się najnowszymi pomysłami na doprowadzenie współlokatora do białej gorączki. A ja znowu muszę iść do recepcji i poprosić, żeby mi własny pokój otworzyli. Ostatnio po paru pierwszych słowach kobieta wiedziała już o co mi chodzi i zaczęła się śmiać!

6. Koniec z „Dynastią”, melodramatami i kłótniami pomiędzy nim, a jego dziewczyną, które kończą się tym, że on wisi na telefonie i przeprasza ją pół nocy. Poza tym wyjątkowa z niego menda pod tym względem. Zwierzył mi się, że to dziewczyna tylko tymczasowa, na pobyt tu i on z góry wie, że rzuci ją w cholerę, kiedy będzie wracał do Korei.

7. I koniec z milionem innych, wkurzających nawyków, zachowań i postaw, które doprowadzają mnie do furii. I jeszcze dokopał mi w Starcrafta!

Wybacz, drogi Czytelniku, takie wylewanie żali, ale musiałem się wykrzyczeć i odreagować. W końcu blog ten pełni dla mnie również funkcję terapeutyczną, a ponieważ napisałem tutaj to, co stoi powyżej, już mi lepiej i zapewne nie zabiję mojego współlokatora. Choć mam wielką ochotę.

Dobra, to już ostatni raz, kiedy o nim piszę. Następny wpis będzie o czym innym, zgoda?

17:14, ximinez
Link Komentarze (22) »
wtorek, 07 listopada 2006
Na starych śmieciach

Znowu Pekin, znowu te same zapachy, ci sami ludzie, to samo otoczenie. Z jednej strony wracam do czegoś już znajomego, ale z drugiej to jednak nadal obce. Miwa znowu nawalony drzemie na kanapie, a mój współlokator, Koreańczyk, jest nadal niezawodnie irytujący.

Na dziedzińcu przywitał mnie znajomy Grek słowami „back in this shithole, eh?”, a w pokoju na moje powitanie wyszła powódź. Tego właśnie potrzeba człowiekowi wymęczonemu dobą podróży – zalana podłoga. Poszedłem do łazienki po mopa. Sprzątaczka, która akurat tam była, zaczęła mówić coś o moim współlokatorze i zgubionym kluczu do pralki. Nawet nie siliłem się na rozumienie, przytaknąłem i wyszedłem. Kiedy już uporałem się z potopem, zobaczyłem, że koreańskim zwyczajem, okno w pokoju jest otwarte, a firanki rozsunięte. Ponieważ zaczęli już grzać, nie ruszyło mnie to specjalnie – wewnątrz było wystarczająco ciepło. Mimo tego okno nieco przymknąłem i zasłoniłem. Wypakowałem graty z walizki (po przemyśleniu sprawy zdecydowałem, że nie będę szedł spać, bo w nocy się obudzę i już nie usnę) i położyłem się na moment na łóżku. „Skąd ta woda na podłodze?” myślałem patrząc jednocześnie na zupełnie inną część pokoju – sufit. „Nie ma prawa przecież wyciekać z łóżka”. Moje rozmyślania przerwał powrót Koreańczyka.

- O, wróciłeś – rzucił w progu.

- Ano wróciłem – odparłem.

- Jak było?

- Super.

W międzyczasie on podszedł do okna, odsłonił je i otworzył.

- Zauważyłeś wodę na podłodze?

- No właśnie! – w tej chwili odzyskałem zainteresowanie rozmową.

- To ja wylałem – powiedział, a na jego twarzy odmalowała się duma, jak gdyby własnoręcznie udusił, wyciągnął na brzeg i wypatroszył wieloryba. – Strasznie suche tu powietrze, więc trochę nawilżyłem – odpowiedział na pytanie, którego nie zdążyłem jeszcze zadać.

 

Debilizm tej sytuacji odebrał mi mowę. Zrobił na podłodze kałużę po to, żeby nawilżyć powietrze? Bardzo inteligentnie, młotku, szczególnie, że otwierasz okno, a na zewnątrz wilgotność powietrza jest bliska 0%. Może przynajmniej wilgoć zatrzyma się na zasłonach. A nie! Przeca pod twoim panowaniem zwykle gniją w kącie.

Dywagowałem sobie jeszcze chwilę w ten deseń, aż uderzyło mnie, że ten Koreańczyk nie jest jednak taki głupi, jak w pierwszej chwili pomyślałem. Przemyślałem wszystko raz jeszcze i doszedłem do wniosku, że wpadł na pomysł racjonalizatorski godny Orderu Lenina. Zapraszam, Czytelniku, na wycieczkę w krainę koreańskiej innowacyjności.

Jedyny skutek, jaki odniesie wylanie wody na podłogę to zwilżenie podłogi, którą prędzej czy później trzeba będzie wytrzeć. Ponieważ okno jest otwarte, powietrze nie ma szans na złapanie jakiejkolwiek wilgoci. Dlatego będzie ono zawsze suche i wymagało nawilżania, a podłoga wiecznie wilgotna i domagająca się wysuszenia. Zatem Koreaniec może w kółko wodę wylewać i wycierać, nie musi nawet zbyt długo czekać pomiędzy cyklami. Jakości powietrza to nie zmieni, ale odniesie podwójny skutek: on nigdy już nie będzie się nudził pomiędzy nauką, a słuchaniem Westlife, a podłoga będzie czysta jak katechetka w podstawówce. Genialne!

Z cyklu „ciekawostka dnia”: lotnisko w Kopenhadze jest najładniejszym, jakie kiedykolwiek widziałem. Stylowo urządzone, z drewnianymi podłogami i przyciemnionym światłem – wszystko to sprawia, że panuje tam atmosfera bardziej kawiarniana, niż terminalowa. Do tego miła obsługa, cisza, spokój, jak to w krajach skandynawskich. Jedynym minusem jest płatny internet wireless, ale to zdaje się być reguła, od której wyjątkiem jest terminal we Wiedniu. Austriacy dobrymi uczynkami nadal starają się odpokutować Hitlera.

To niestety cały czas antenowy, jakim dziś dysponujemy. W następnym odcinku programu „Zrób to sam” powiemy jak zlikwidować upierdliwego współlokatora, jeżeli przypadkiem jest Koreańczykiem. Stay tuned!

P.S. Jeżeli nagle przestanę nadawać, może to oznaczać, że serwis blox.pl został w Chinach zablokowany. Taki los spotkał ostatnio parę amerykańskich witryn, między innymi blogspot.com – nie mogę się z nim połączyć nawet dzięki specjalnym programom obchodzącym chińskie zabezpieczenia. Ech, co za kraj...

 

14:33, ximinez
Link Komentarze (8) »
niedziela, 05 listopada 2006
Je m’apelle Jacques Mistral

Ponieważ przez ostatnie dwa tygodnie nie było mnie w Chinach, poniższa notka nie będzie dotyczyła Kraju Środka, a kraju serów, bagietek, beretów i pewnej małej wioski, która stawia dzielny opór potędze Cezara.

Już parę pierwszych kroków na francuskiej ziemi uświadomiło mi, że kraj ten różni się od tego, co sobie wyobrażałem. Słyszałem, że Francja jest ostatnio coraz bardziej zróżnicowana etnicznie, ale nie spodziewałem się, że język, który najczęściej będzie słyszalny na lotnisku to arabski.

Czekam na bagaż, który lada chwila ma pojawić się na karuzeli. Przy sąsiedniej grupa facetów w sukienkach i kobiet, które ewidentnie zajmują się ulami. „Ciekawe ile trotylu mieści się pod takim ubraniem?” myślę sobie, ale zaraz potem trochę mi wstyd. Moja walizka nareszcie wyjeżdża z mrocznych trzewi zaplecza terminalu, więc chwytam ją prędko i kieruję się ku wyjściu. Jednak na drodze stają mi wspomniani już Arabowie. Obsiedli rojem całym duży wózek, z którego odbierają podpisane baniaki z wodą, najpewniej przywiezioną z jakiegoś świętego miejsca. Krzyczą, przepychają się i tarasują całe przejście. „Excuse me” zaczynam nieśmiało po angielsku, ale nikt nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. „Excuse-moi” mówię nieco głośniej (cztery lata francuskiego i pamiętam niewiele ponad to). Ponieważ tłum nadal olewa mnie i innych czekających na przejście pasażerów, postanawiam użyć tajemnych technik, które przywiozłem ze sobą z dalekiego wschodu. Pierwszego mężczyznę popycham barkiem, następnemu dostaje się moją walizką. Z kobietami obchodzę się nieco delikatniej, staram się obejść, lub „kulturalnie” się przepchnąć. Dla mężczyzn nie ma litości – w ruch idą łokcie.

Kiedy znalazłem się po drugiej stronie tłum zaczął się przerzedzać, ale ludzie po drugiej stronie nadal czekali na możliwość przejścia przez to ludzkie morze. Nagle do grupki podszedł pracownik ochrony lotniska. „No, może wreszcie zrobi jakiś porządek” myślę. Ale on zadał jedynie jakieś pytanie po arabsku, wysłuchał odpowiedzi, wymienił z pewnym mężczyzną jeszcze parę ewidentnie przyjacielskich słów i odszedł. Zanim radość z rychłego ujrzenia mojej ukochanej zupełnie przyćmiła wszystkie inne myśli, zdążyło przemknąć mi jeszcze przez głowę, że może nie warto odgrzebywać ze śmietnika mojej głowy francuskiego, tylko od razu zacząć uczyć się arabskiego. Pod rozwagę na później.

A dalej było wspaniale, cudownie i fantastycznie. W szczegóły się nie wdaję, proszę szanownego Czytelnika o wyobrażenie sobie, jak to jest – spotkać się z ukochaną, której nie widziało się dwa miesiące. Pamiętał będę każdą sekundę z tych paru dni. Ech...

Poniżej prezentuję dwa zdjęcia z serii „A ja tu byłem, a wy nie-e”:

I na koniec dwa fakty na temat Francji:

Nie można tu kupić jednej czystej płyty, jedynie w paczkach po 10 lub, najmarniej, po 5. Najtańszy 10-pak kosztował prawie €10. Zdzierstwo.

Jeżeli planujecie przybyć do Francji z dolarami, przygotujcie się na kłopoty. Po pierwsze kantory są tylko w Paryżu, na lotniskach i w popularnych miejscowościach turystycznych. W Caen, 150-tysięcznym mieście, nie ma ani jednego kantoru, a pan na poczcie (gdzie teoretycznie dewizy się wymienia), oznajmił, że nie przyjmuje banknotów $100 ot tak, ale musi wysłać je do Paryża na ekspertyzę, która potrwać może do dwóch tygodni. Wiocha straszna z tej Francji – w Pekinie nikt nie robi z tym problemów.

I na tym kończę na dziś, drogi Czytelniku. W poniedziałek wracam do ChRL i znów prowadził będę zapiski na pałeczkach do ryżu, miast na nożu do serów.

02:08, ximinez
Link Komentarze (10) »
piątek, 03 listopada 2006
Kajam się

Dawno nic się tu nie pojawiało, ale dołożę wszelkich starań, aby już jutro wygłodniałe rzesze fanów mogły nasycić oczy kolejnym fascynującym tekstem mojego autorstwa.

A póki co życzę dobrej nocy. 

00:37, ximinez
Link Komentarze (6) »