Rzecz o Chinach, Chińczykach, chińszczyźnie i pewnym sinologu.
web stats stat24.com
RSS
środa, 28 lutego 2007
Tejk jołrl pikczełrl płiiz.

Pisałem już kiedyś o specjalnym traktowaniu, w dobrym i złym sensie, jakiego doświadczyć mogą obcokrajowcy w Chinach. Jednym z jego przejawów jest uwielbienie, z jakim Chińczycy fotografują się z białymi. W okolicach największych atrakcji turystycznych często można usłyszeć gdzieś za plecami prośbę o wspólną fotkę wypowiedzianą łamaną angielszczyzną, lub zobaczyć to samo pytanie wygestykulowane. Wytłumaczenia tego fenomenu są dwa: Chińczycy będą się zdjęciami chwalić na wioskach, z których przyjechali, bo tam obcokrajowcy faktycznie są niesamowitym fenomenem widywanym tylko w telewizji, ALBO fotki te lądują potem w mrocznych kartotekach, w trzewiach posępnego i unikanego przez miejscowych budynku bezpieki. Nie ukrywam, że daleki jestem od wyznawania wszelakiej maści spiskowych teorii dziejów, ale taka myśl przemknęła mi raz czy dwa przez głowę.

Chińczycy najczęściej dobrze i z gustem dobierają innostrańców, z którymi się fotografują...


...choć czasem to biali wychodzą na całej sprawie lepiej...


...a czasami nie wygrywa nikt ;)

Podczas wycieczki na most Marco Polo przyczepił się do nas miejscowy, którego wysłała za nami jego matka, zatroskana o potencjalnie zagubionych obcokrajowców. Mówił całkiem nieźle po angielsku i choć nie potrzebowaliśmy pomocy, kręcił się wokoło zadając sporo pytań. W pewnym momencie spostrzegł, że palę dość niecodziennego papierosa i zapytał co to za dziwactwo. Odpowiedziałem, że to koreańskie fajki i wyciągnąłem paczkę, żeby go poczęstować w tym samym momencie, w którym zapytał, czy może wziąć sobie jednego na pamiątkę. Ponieważ w paczce zostało tylko 4 zaproponowałem mu, że może sobie je zatrzymać razem z opakowaniem. Jego reakcja trochę zbiła mnie z tropu:

- Wow, this is the best gift I ever got.

Przez chwilę poczułem się dziwacznie zakłopotany, trochę jakbym kupował wyspę Manhattan za sznur paciorków. Ta nadmierna wdzięczność była o tyle dziwna, że wyglądał na młodego (ok. 26 wiosen), dość obytego faceta i utrzymywał, że dwa lata temu skończył studia na Shoudu Shifan Daxue, całkiem niezłej, pekińskiej uczelni.

W końcu zadał pytanie, które widocznie nurtowało go już przez chwilę – czy może zrobić sobie z nami zdjęcie. Zapytałem czy ma swój aparat, a w odpowiedzi usłyszałem, że będzie bardzo wdzięczny, jeżeli prześlemy mu zdjęcie (co zrobiłem, żeby nie było). Prośbę powtórzył jeszcze kilkakrotnie i widać było, że bardzo mu zależy.

Chwilę jeszcze orbitował wokoło nas, ale jego z jakiegoś powodu stał się nieco irytujący (przynajmniej dla mnie), więc podziękowaliśmy za pomoc i wróciliśmy na most. Część wycieczki wykazała się czujnością rewolucyjną i rozgorzała dyskusja o możliwości współpracy naszego pomocnego Chińczyka z bezpieką. Tu niby super-przyjacielski, ale potem raporcik złoży komu trzeba. Nadal nie biorę takiej możliwości na serio, choć w jego zachowaniu, a był to przecież absolwent wyższej uczelni, było coś nietypowego, co trudno mi uchwycić. I te papierosy...

Ciekaw jestem, czy ktoś z bardziej obytych z Chinami (albo innymi częściami świata) czytelników bloga miał kiedykolwiek podobne doświadczenia. Jeżeli tak, to zachęcam do dyskusji w komentarzach.

To wszystko, co przygotowałem na dziś. Następny wpis poświęcony będzie wycieczce do Zakazanego Miasta, więc gorąco zachęcam do nie zamykania okna przeglądarki i czekania w gotowości.

04:42, ximinez
Link Komentarze (10) »
wtorek, 27 lutego 2007
Most Marco Polo

Dziś po raz kolejny nie opiszę żadnej z większych atrakcji Pekinu, bo te zostawiam na później – napięcie trzeba dawkować. W zamian przedstawiam szanownemu Czytelnikowi most Marco Polo, a właściwie 芦沟桥, czyli Most Trzcinowego Kanału. Na Zachodzie znany jest z Opisania świata, autorstwa mało znanego podróżnika – Marco Polo. W historii zaistniał w roku 1937, kiedy to w jego pobliżu wojska japońskie zajęły zwrotnicę kolejową, co sprowokowało Chińczyków do ataku, a to z kolei dało Japończykom pretekst do zajęcia Pekinu, a następnie większej części Chin.

Konstrukcja pochodzi z roku 1189, choć jak większość zabytków w Chinach, została później wielokrotnie przebudowana. Dzisiejszy kształt pochodzi z grubsza z roku 1698. Według przewodnika Lonely Planet, mostu strzegą podobizny 485 lwów, które według legendy ożywają w nocy i... okazały się najciekawszym elementem konstrukcji.






W pobliżu mostu znajduje się mieścinka Wanping (宛平), całkiem ciekawa, częściowo odrestaurowana, otoczona murem osada z czasów dynastii Ming, a obecnie część pekińskiej dzielnicy Fengtai. Ku naszemu zdziwieniu, niewiele się tam działo, wyjąwszy prace renowacyjne w niemal każdym domu przy głównej ulicy. Może też przygotowują się na olimpiadę, a może jedynie na nadejście nowego roku. Redakcja „Zapisków...” zajmie się rozwikłaniem tej zagadki.












Po drugiej stronie mostu Chiny okazały się dużo brzydsze. Po pokazowej wiosce Wanping mieliśmy okazję doświadczyć prawdziwego, chińskiego syfu. Brud, rozpadające się chałupiny, gruz i dość nieprzyjemny zapach. Trochę jak na Pradze Północ, tyle, że duużo bezpieczniej ;)






Obrazy wysuszonego koryta ilustrują smutny proces, który od jakiegoś już czasu ma miejsce w północnych Chinach. Wszystko schnie, pustynnieje i jałowieje. Myśleliśmy, że może sezonowo pojawia się tu woda, ale zaprzeczył temu spotkany Chińczyk (o którym więcej będzie innym razem), który powiedział, że od jego urodzenia, tj. od ok. 26 lat, okolica była sucha jak wiadomości BBC.

Nie pozostało nam już nic innego, jak kupić parę niepotrzebnych pierdół na rozłożonych z tej „dobrej” strony mostu straganach, dosiąść naszych stalowych rumaków i odjechać do domu, w stronę zachodzącego słońca.


End transmission...

05:43, ximinez
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 lutego 2007
Yonghe Gong

Kolejnym punktem wirtualnej wycieczki po Pekinie i przyległościach będzie Yonghe Gong (雍和宫), czyli działające w Pekinie lamaserium. Jest to aktywna świątynia, w której, jak dowiadujemy się z filmu dołączonego do biletu na małej płycie CD, dwa razy dziennie odprawia się nabożeństwa.

Zwiedzających i wiernych witają już od wejścia cytaty z buddyjskich sutr. Ten poniżej głosi: „Ojczyźnie przysparzać chwały, Olimpiadzie dodawać splendoru”.


Widocznie mnisi włączają się do organizacji olimpiady równie aktywnie, co reszta społeczeństwa. Plotka głosi, że trenują do dwóch konkurencji: czytania sutr na czas i medytacji z przeszkodami.

Dalej jest już mniej oficjalnie, a bardziej urokliwie. Pomimo tłumu, Yonghe Gong jest oazą spokoju w sercu tego hałaśliwego i uciążliwego dla nerwów miasta.








Jak w każdej buddyjskiej świątyni, tak i tu podziwiać można różnorakie rzeźby sakralne.






Oprócz zwykłych rzeźb, Yonghe Gong poszczycić się może jedną wyjątkową. Jest to wysoka na 18m podobizny Buddy, której główna część została wyrzeźbiona z jednego kawałka drewna i z tego powodu została wpisana do księgi rekordów Guinnessa. W pawilonie, w którym można ją oglądać, obowiązuje zakaz fotografowania, którego przestrzegania pilnuje mnich. Jednak z myślą o Czytelniku udało mi się pstryknąć fotkę z ukrycia. Tomek 1 – mnisi 0.


W każdym lamaserium nie brakuje tak zwanych młynków modlitewnych. Wierni kręcą młynkami, a te „odmawiają” za nich modlitwy.


Inne religie powinny brać przykład z buddyzmu lamajskiego, jeżeli chcą odzyskać wiernych w dzisiejszym, ekspresowym świecie. Tora-express, autoróżaniec, koran instant – możliwości jest wiele.

Czytelnikom zainteresowanym tematyką buddyzmu tybetańskiego polecam tę stronę, gdzie można dowiedzieć się paru rzeczy o lamach. Stay tuned!

04:56, ximinez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 lutego 2007
Tianjin

Niniejszy wpis rozpoczyna serię wpisów turystycznych, w których głównymi atrakcjami, w miejsce moich lubianych przez wszystkie pokolenia, ciętych i arcybłyskotliwych komentarzy, będą zdjęcia. Dlaczego? – zapytać może Czytelnik. Powód jest prosty: od przylotu rodziców, tj. 03.02, do przedwczoraj zrobiłem 981 zdjęć i muszę się nimi pochwalić. No, skoro już to sobie wyjaśniliśmy, możemy przejść do prezentacji. Będzie ona przebiegała w następujący sposób: ja będę zdjęcia pokazywał, a Czytelnik będzie nimi zachwycony. Zrozumieli? To jedziemy – na pierwszy ogień wycieczka do Tianjinu.

Tianjin to circa 10 milionowe miasto portowe oddalone o nieco ponad 100km od Pekinu i 60 km od morza (co było niemałym zaskoczeniem, bo zabraliśmy olejki do opalania i kostiumy kąpielowe). Pociągi łączące Pekin z Tianjinem kursują mniej więcej co pół godziny, jadą około godziny, są nawet tanie i wygodne. Przy kupowaniu biletów o poranku pani z okienka zapytała mnie, czy chcę bilety na dworzec Tianjin-Północ czy do Tianjinu. Jasne, że do Tianjinu – odparłem rezolutnie, a kasjerka była tak zawstydzona swoim głupim pytaniem, że dała mi bilety za darmo i oddała wszystkie pieniądze, które miała w kasie.

Podróż przebiegała pod honorowym patronatem Morfeusza i w towarzystwie raczej mało rozmownych Chińczyków. Minęliśmy dworzec Tianjin-Północ i przygotowani byliśmy na spotkanie z dworcem głównym i odetchnięcie morską bryzą. Niestety, pociąg zatrzymał się dopiero na dworcu Tianjin Tymczasowy (天津临时客站), oddalonym o kawałek drogi od centrum. Ponieważ nikt nie znał miasta, daliśmy się podwieźć mikrobusem, czy raczej pojazdem, który ma z rzeczonym mikrobusem wspólny jedynie przedrostek mikro-.


Trzeszczał, skrzeczał, a kierowca wtórował mu głośnymi przekleństwami. W końcu jednak dotarliśmy do celu, a była nim Ulica Dawnej Kultury (古文化街), czyli niewielki, odrestaurowany i nieco komercyjny fragment dawnego Tianjinu.








Częścią tego obszaru jest świątynia Tian Hou (天后) – Niebiańskiej Cesarzowej, szczególnie bliskiej sercu każdego żeglarza, dla których jest bóstwem opiekuńczym.










Po spacerze Ulicą Dawnej Kultury udaliśmy się do centrum, podziwiać zabytkową architekturę z czasów kolonialnych. Gdyby nie wszędobylskie napisy po chińsku, można poczuć się tam jak w europejskim mieście. Syfiastym, ale zawsze. O, na przykład na Nowym Świecie ;)








Po spacerze wróciliśmy bez większych komplikacji do Pekinu i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Na koniec wpisu zagadka: do poniższego napisu wkradł się chochlik. Należy zidentyfikować ten niewielki błąd.


Prawidłowe odpowiedzi proszę przesyłać na adres redakcji:

ul. Żwirki i Wigury 80, 87-100 Toruń, Polska, z dopiskiem „WIWAT LIBERALIZM EKONOMICZNY”

Wśród uczestników zostaną rozlosowane atrakcyjne nagrody: lodówko-zamrażarka i wanna z hydromasażem.

05:41, ximinez
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 lutego 2007
No i pojechała
A ja już chcę, żeby wróciła...

:(
06:24, ximinez
Link Komentarze (1) »
Karnawał w pełni

Obchody chińskiego nowego roku trwają w najlepsze, więc w środę postanowiliśmy z Natalią uczcić fakt, że czujemy się już lepiej przez wybranie się na chiński, przyświątynny festyn (庙会) w pekińskim parku Ditan (地坛公园).

O dziwo, wpadliśmy tam w niezły tłum (bo kto by się go spodziewał w takiej wiosce jak Pekin), który dał się sfotografować na poniższych zdjęciach:




Na okazję obchodów nowego roku park był w bardzo przyjemny sposób udekorowany. W połączeniu z gęstą tego dnia mgłą dawało to ciekawy efekt:




Na festynie panowała iście odpustowa atmosfera – można było kupić tony nikomu niepotrzebnego syfu, za który, podobnie jak za jedzenie, trzeba było kilka razy przepłacić. Oprócz jedzenia i czczenia złotego cielca komerchy Chińczycy oddawali się różnym zabawom, między innymi odmianą skakanki, w której unikać trzeba bambusowych tyczek przesuwanych przez ubrane w tradycyjne stroje (chyba mniejszości jakiejś) kobiety.





    Niestety, spotkał mnie na festynie jeden poważny zawód...

W każdym amerykańskim filmie, jeżeli pokazany jest pościg i ścigają się w okolicach Chinatown, to ulicami zawsze, ale ZAWSZE, idzie parada noworoczna, z muzyką i tańcem smoków (?). Powinno to wyglądać tak:


Niestety, na tym festynie nie uświadczyliśmy czegoś podobnego. Były inne pokazy: wyginanie metalu grdyką, tańce z bębnami, wachlarzami, mini-parady z dziećmi ubranymi w tradycyjne chińskie stroje, ale ani pół smoka.






Mimo braku parady zaliczam wypad do bardzo udanych, bo choć nie poznałem takich Chin, jakie wyobrażałem sobie przed przyjazdem tutaj, poznałem je takie, jakimi naprawdę są. Jest to, tak na marginesie, dominująca w ostatnich miesiącach tendencja.

Wspomnę jeszcze, że dzisiaj Natalia wraca do Francji, więc jak tylko uporam się z przygnębieniem, wpisy powinny pojawiać się na blogu z większą niż dotychczas regularnością. Stay tuned!

02:31, ximinez
Link Komentarze (4) »
niedziela, 18 lutego 2007
新年快乐

Dzisiaj, oto, jest pierwszy dzień chińskiego nowego roku, roku ognistej świni. Z tej okazji chciałbym w imieniu swoim i mojej najdroższej Natalii złożyć wszystkim czytelnikom bloga, a w szczególności tym, którzy uważają się za ogniste świnie, życzenia pomyślności na cały rok.

Obchody nowego roku trwają w Chinach ponad tydzień i składają się na nie przeróżne zwyczaje. Chyba najbardziej znanym jest puszczanie fajerwerków, których huk ma odstraszyć złe duchy. Już od paru dni dało się słyszeć w mieście próbne wystrzały, a wczoraj, tj. 17.02, było ich coraz więcej. Od godziny 20 stopniowo narastały, a punkt kulminacyjny nastąpił około północy, kiedy to noc stała się jasna niemal jak dzień. Strzelano wszędzie i chyba wszystkim (brat-piroman stwierdził, że tutejsze sztuczne ognie różnią się od naszych mocą i muszą być robione na silniejszych materiałach). Niestety, mogłem je sfotografować tylko z okna, o powodach później. Najpierw zdjęcia:






Nie byłbym sobą, gdybym nie ponarzekał. Uczciliśmy z Natalią nadejście nowego roku z przytupem – ona wysoką gorączką i nudnościami, prawdopodobnie odmianą grypy żołądkowej (grippe a la estomac ;) ), a ja infekcją paciorkowcową, czyli popularnie różą (丹毒) i wizytą na ostrym dyżurze chińskiego szpitala. Pierwsza dolegliwość została przywleczona z Francji, a druga to nawrót (po raz pierwszy zdarzyła się w równie fortunnym momencie, kilka lat temu – w trakcie matur). Natalię leczymy dietą i lekami objawowymi (już czuje się dużo lepiej i nie ma gorączki), a ja dostałem chińskie antybiotyki (抗生素)... w formie kroplówki. Przez trzy dni, dwa razy dziennie, muszę chodzić do pobliskiej przychodni i prosić o podanie mi kroplówki z lekiem. Cóż, przynajmniej skończę Grzesiuka czytać.

Sama wizyta w szpitalu okazała się mniejszym koszmarem niż przypuszczałem. Co prawda rozumiałem w najlepszym wypadku połowę z tego, co do mnie mówiono, ale lekarze i pielęgniarki starali się być mili, pomimo pracy w sylwestra i tradycyjnego dużego przerobu związanego z beztroską zabawą fajerwerkami mieszkańców Pekinu. Z każdego kąta w szpitalu wieje komuną i gdyby nie napisy po chińsku czułbym się jak na Solcu, albo na Bródnie. Nie mogę narzekać na kolejki, bo załatwiono mnie niemal bez czekania (oprócz dwóch testów, których nie dało się przyspieszyć). Jedynym minusem była cena leków, ale na tę spuszczę zasłonę milczenia. Przyjmijcie moją radę – nie kalkuluje się chorować w Chinach.

Jeżeli jutro poczujemy się lepiej, to pewnie znajdzie się tu sporo zdjęć z trwających obchodów Nowego Roku, a póki co szanowny Czytelnik musi zadowolić się obietnicą.

Na koniec wytłumaczę się krótko z zaniedbywania bloga przez ostatnie dwa tygodnie. Otóż 3.02 przyjechała w odwiedziny moja rodzina, a 11.02 Natalia. Obiecuję, jednak, że już niedługo pojawią się tu zdjęcia i opisy miejsc, które widzieliśmy, między innymi Wielkiego Muru, Zakazanego Miasta, Świątyni Nieba i mostu Marco Polo. Stay tuned!

SPROSTOWANIE: Mój Kotek przeczytał wpis, dlatego parę rzeczy chciałbym wyjaśnić. Że choroba jest z Francji, nie znaczy, że jest „francuska”, jasne? ;) „Grippe a la estomac” to moja radosna twórczość – za słabo mówię po francusku, żeby wiedzieć jak to prawidłowo powinno być.

Na koniec wspomnę, że czuję się jak w Wietnamie z tymi wszystkimi fajerwerkami. Uważam je za niebezpieczne i staram się ich unikać, dlatego po zmroku muszę uważać na każdym kroku, żeby nie wejść w linię strzału jakiegoś trigger-happy Chińczyka. Stąd skojarzenie z Wietnamem – ja, biały, przemykam się boczkiem w obawie o swoje życie, a Azjaci do mnie strzelają.

08:08, ximinez
Link Komentarze (9) »